Recenzje Daniel Stroński
07.10.2017
Recenzja: Raiders of the Broken Planet (PS4)
Raiders of the Broken Planet w bazie gier
7.5
/10
Ocena
Recenzja: Raiders of the Broken Planet (PS4)

Raiders of the Broken Planet nadeszło z darmową próbką i płatnymi misjami, by zawojować rynek sieciowych strzelankowych co-opów. Mało tego, można tu wpaść do cudzych gier i przeszkadzać w wykonywaniu misji!

Raiders of the Broken Planet było w produkcji jeszcze zanim studio Mercury Steam wydało swoją wcześniejszą grę – Castlevania: Lords of Shadow 2. Deweloper zarzekał się, że na tak ambitny projekt potrzebuje więcej czasu i podobno znalazły się tutaj porzucone pomysły właśnie z LoS2, m.in. dotyczące systemu walki. Szczerze nie mam pojęcia, jakim cudem cokolwiek z Raidersów miałoby wejść do przygody Belmonta, ale cieszę się, że trafiło to ostatecznie tutaj. Dostaliśmy wyjątkową produkcję, jakiej jeszcze nie było.

Gdzie dokładnie tkwi ta wyjątkowość Raiders of the Broken Planet? Dostajemy trzecioosobową strzelankę w co-opie dla czterech graczy i zaliczamy kilkuetapowe misje – czyli pozornie nic specjalnego. Zmiany widać jednak szybko po rozpoczęciu zabawy. Przede wszystkim plansze nie są duże, ale dają trochę miejsca i pozwalają na jako-takie skradanie się, bazując na stresie. Gdy skacze nam adrenalina (biegamy, strzelamy czy odnosimy obrażenia), nasz świecący układ krwionośny jest widoczny przez ściany. To samo tyczy się naszych przeciwników, dzięki czemu mamy w miarę dobry wgląd w całe pole walki, lecz często powoduje to zbyt dużą pewność siebie i zaskoczyć może nas czający się za osłoną przeciwnik albo inny gracz (o czym za chwilę).

Kolejna nowość to system walki wręcz opierający się na grze w „papier-kamień-nożyce”. Uderzeniem powstrzymujemy chwyt, ale jesteśmy bezradni, jeśli przeciwnik zrobi unik. Odskakujących przeciwników złapiemy natomiast łatwo właśnie chwytem, także nie można polegać wyłącznie na unikach. Niby proste i niepotrzebne, lecz często wrogowie pojawiają się tuż obok nas i wtedy znajomość tych podstaw jest istotna. Z drugiej strony sterowane przez SI jednostki rzadko kiedy blokują nasze ataki wręcz. Jest to jednak istotne, bo tylko tak odzyskujemy amunicję… i najszybciej rozprawiamy się z graczem.

Dobra, już dwa razy wspomniałem o atakowaniu gracza, a przecież mówimy o co-opowej grze! Otóż deweloper przygotował tryb Antagonisty, w którym dochodzi piąty gracz, zasilając szeregi wroga. Taka osoba losowo dołącza do cudzych gier, znacznie je komplikując, gdyż ma te misje za sobą i wie, co sprawia tam najwięcej problemów. Celem czwórki graczy wciąż jest wykonanie swoich celów, podczas gdy Antagonista musi ich zabijać, a gdy skończy się zasób substancji odradzającej – zabić wszystkich w ograniczonym limicie czasowym. Jak się nie uda, substancja wraca do pełna i próbujemy od nowa.

Cały tryb Antagonisty nie jest zwykłą przeszkadzajką, a grywalną okazją do zmierzenia się z drużyną innych graczy. Po obu stronach barykady emocje są ogromne i zwykle starcia sprowadzają się do walki wręcz – czyli wspomnianego „papier-kamień-nożyce”. Jakimś cudem to działa, choć na pewno może być frustrujące dla ekipy, która chce na spokojnie rozegrać misję. Całość podkręcana jest dodatkowo nagrodami i karami dla piątego gracza. Wysoka ranga Antagonisty daje nam dostęp do nowych broni dla postaci, lecz przegrana sprawia, że tracimy punkty.

To nie koniec pomysłów dewelopera! Mamy jeszcze karty wpływające na naszą broń oraz umiejętność specjalną. Ta druga to zwykle zostawienie klona odwracającego uwagę, krótki skok odrzutowy czy postawienie bariery odpychającej przeciwników – nic odmieniającego losy misji, ale są sytuacje, gdy potrafi to uratować tyłek. Jak zdobywamy wspomniane karty? Zbierając po misjach jedną ze specjalnych walut i losując nową kartę z talii. Zastępuje to jakiekolwiek ulepszanie broni czy rozwój bohatera i spisuje się nieźle. Drzewka umiejętności mogłyby niepotrzebnie komplikować i tak już dość złożoną rozgrywkę, choć muszę przyznać, że po zapoznaniu się ze wszystkim miałem ochotę na kolejne urozmaicenia.

Tyle ciekawych rozwiązań – a co z podstawami? Model strzelania nie jest łatwy do sklasyfikowania, gdyż każda z broni przypisanych do bohaterów jest wykorzystywana zupełnie inaczej – ale jest OK. Czuć jednak dość wolne tempo rozgrywki, szczególnie podczas biegania po planszach czy automatycznego przylegania do osłon. Ociężałe ruchy porównałbym do serii Gears of War, chociaż tam wszystko wydaje się płynniejsze i bardziej intuicyjne. Odstraszyć może wysoka wytrzymałość przeciwników i wymagające misje (nawet bez Antagonisty), lecz gdy ekipa jest zgrana, nie powinno to stanowić większego problemu. Wiem też, że nie wszystkim podobają się duże ograniczenia w kwestii broni palnej oraz niewielki wpływ kart na rozwój postaci. Cóż, liczę na znacznie więcej opcji w przyszłości, to w końcu ciągle niedokończony produkt.

Mikrotransakcje. Tak, Raiders of the Broken Planet to podobno gra free-to-play, więc nie mogło się obejść bez tego, tyle że… to nie do końca jest f2p. W rzeczywistości dostajemy darmowy Prolog (solowy samouczek i jedna normalna misja) z możliwością dokupienia paczki czterech dodatkowych misji za jakieś 40 zł. Pozostałe mikropłatności ograniczają się do skinów dla postaci (ceny od dyszki aż do 80 zł) oraz dodatkowej zakładki na alternatywne wyposażenie gracza (Loadout), czyli nic wielkiego – no, ale wciąż mówimy o wersji beta. Tak czy inaczej, póki co nie wygląda na to, byśmy mówili o systemie pay-to-win.

Beta też każe mi wybaczyć matchmaking, chociaż nie wiem, gdzie leży wina – w niskiej liczbie graczy online czy właśnie po stronie dobierania zespołu. Przez pierwsze dni nie mogłem znaleźć zupełnie nikogo. Później, za dnia, serwery wciąż świeciły pustkami, lecz wieczorami było świetnie… choć raz trwało to 30 sekund, innym razem – parę minut. No i zwykle na mapie z Prologu. Zawsze można grać samotnie, tyle że misje są wtedy za proste, a nagrody za ich wykonanie – znikome.

Na koniec zostawiłem sobie fabułę, bo ta nie jest zbytnio rozwinięta w pierwszym wycinku całej historii. Dostajemy opowieść o próbie przywrócenia ludzi na ich własną planetę, co ma zrobić grupa charakterystycznych najemników. Postacie są przerysowane, mówią z tragicznymi akcentami i rzucają wyjątkowo suchymi żartami. Do tego scenki przerywnikowe to festiwal pseudodramatycznych przybliżeń na bohaterów i drgającej kamery „z ręki”. Osobiście skojarzyło mi się to z parodią ujęć z serii Metal Gear Solid i wręcz odrzucało, ale z czasem przemogłem się, otwierając na ten (bądź co bądź) niski humor. Takie już piękno Raiders of the Broken Planet i ja je kupuje. Pozytyw jest taki, że pierwsza misja z darmowego Prologu świetnie pokazuje, czym są Raidersi, także zbierzcie ekipę znajomych, włączcie czat głosowy i przejdźcie ją na spokojnie. Jeśli to Wam podejdzie, możecie inwestować w całość. Tyko pamiętajcie, by nie opierać swojej opinii wyłącznie na głupawym humorze. I wciąż mogą być problemy ze znalezieniem chętnych do gry.

Gra recenzowana była na PS4 Pro

Raiders of the Broken Planet
Nasza ocena: 7.5/10
Daniel Stroński
Nie dość, że to „pierwszy odcinek” gry, to jeszcze w wersji beta. Póki co wygląda na to, że dostaniemy porządnego TPS-a w kooperacji z kilkoma świeżymi rozwiązaniami.
  • Plusy
  • Co-opowa zabawa zawsze wciąga
  • Tryb Antagonist
  • Oryginalni bohaterowie
  • Minusy
  • Problematyczne wyszukiwanie graczy
  • Dość toporne sterowanie
mercury steam playstation 4 Raiders of the Broken Planet recenzja