Recenzje Daniel Stroński
22.02.2016
Recenzja: Far Cry Primal (PS4)
Far Cry Primal w bazie gier
8.5
/10
Ocena
Recenzja: Far Cry Primal (PS4)

Far Cry 4 (PS4) oferował cały arsenał modyfikowalnej broni palnej, materiały wybuchowe i szybkie pojazdy. Wciąż jednak stroniłem od tego wszystkiego, przemykając między krzakami z samym łukiem i sprowadzając dziką zwierzynę do obozów wroga. Było w tym coś… pierwotnego. Teraz oparto o mój styl grania całego spin-offa!

Pojęcie „spin-off”, czyli produkcja odbiegającego od głównego cyklu, może Wam się kojarzyć z czymś małym (szczególnie pamiętając rewelacyjne, acz krótkie Far Cry® 3: Blood Dragon (PS3)) – ale nie dajcie się zwieść! Far Cry Primal zdecydowanie dorównuje skalą swoim poprzedniczkom. Standardowe już 15 godzin na przejście i drugie tyle na zaliczenie wszystkiego w 100% działa i tutaj, chociaż mogłoby się wydawać, że ganianie z maczugami nie będzie w stanie dostarczyć porównywalnej rozrywki. Braku giwer, pojazdów (w tym minihelikoptera z czwórki) czy handlarzy broni nie odczuwa się zupełnie, gdyż wszystko zastąpiono prehistorycznymi odpowiednikami. Tak, to wciąż schemat rozgrywki, jaki deweloper dopracował w Far Cry® 3 (PS3), lecz wszystko jest tu świeże i wciąż diablo grywalne.

Dawno, dawno temu, dziesięć tysięcy lat przed naszą erą, istniało fikcyjne plemię Łindźa. Niestety, nieszczęśliwe wypadki podczas polowań i inne plemiona spowodowały jego rozpad, a nieliczni żywi członkowie rozpierzchli się po prehistorycznej krainie Oros. Nasz bohater, Takkar, obiecał poległemu towarzyszowi, że odnajdzie ich i przywróci Łindźa. Tak oto rozpoczyna się ciężka i krwawa misja naszego bohatera w czasach, gdy człowiek nie stał na szczycie łańcucha pokarmowego – co nie znaczy, że walczyć będziemy wyłącznie z dziką fauną. Mamy jednak coś, o czym inne plemiona mogą tylko pomarzyć – Władcę Zwierząt jako protagonistę, potrafiącego poskromić nawet najgroźniejsze stworzenia.

Far Cry Primal (PS4) oddaje nam olbrzymią krainę, porównywalną skalą do Kyrat, a może nawet i większą. Ogromne połacie terenu nie wydają się jakoś specjalnie zróżnicowane (głównie lasy i zaśnieżony obszar gór na północy), ale topografia Oros nie czyni eksploracji monotonną. Warto też dodać, że każdy skrawek mapy wypełniony jest roślinami, kamykami i innymi składnikami do wytwarzania przedmiotów, nie mówiąc już o bogactwie zwierząt – zarówno tych roślinożernych, jak i drapieżników. Poza tym obowiązkowe znajdźki, masa zadań pobocznych, w których pomagamy innym Łindźa, rozległe jaskinie – błądzenie po Orosie to czysta przyjemność, urozmaicana zresztą cyklem dnia i nocy, co pozwala oglądać piękne zachody słońca.

Nie byłby to jednak Far Cry bez możliwości zabijania tony przeciwników. Świat gry podzielono na strefy wpływów dwóch wrogich plemion – korzystających z ognia w walce Izila i… niekorzystających z ognia w walce Udam. Niestety to (wraz z kolorami strojów i korzystaniem z trujących bomb) jedyne różnice między dwoma wrażymi stronnictwami. Nie znaczy to jednak, że sami między sobą niczym się nie różnią. Jednostki z łukami i dzidami, osiłki z maczugami, „czujki” wzywające posiłki podczas ataku na obóz - praktycznie wszystkie rodzaje wrogów z poprzednich części Far Cry, ale pomysł spisuje się tu znakomicie.

Oprócz ludzi, równie częstym i niebezpiecznym przeciwnikiem są zwierzęta. Występują one dosłownie wszędzie i nie jest niczym dziwnym, gdy przed nosem przebiega Wam stado jeleni, a zaraz za nimi pędzi lew jaskiniowy czy inny tygrys szablozęby. Niedźwiedzie walczą z lampartami, mamuty próbują stratować uporczywe stado wilków, nawet dla borsuków znalazło się miejsce. A te animacje, jak to np. tygrys skacze do gardła osłabionego mamuta i wgryza mu się w szyję, powoli opadając z olbrzymim cielskiem na ziemię. Takie Discovery to ja rozumiem!

Mało tego, oprócz polowania na dzikiego zwierza i pozyskiwania jego mięsa czy skór do wytwarzania nowych przedmiotów, Takkar potrafi go poskromić. Cały proces jest tragicznie łatwy – rzucamy przynętę, a gdy zwierzak sobie ją spożywa, podchodzimy i trzymamy jeden przycisk. Tyle. Teraz nasz nowy kompan pomoże bohaterowi w walce, ale też w eksploracji, gdyż różne rasy zwierząt odznaczają się umiejętnościami specjalnymi. Lew wyniucha znajdźki, pantera po cichu wyeliminuje przeciwników, podczas gdy borsuk odstraszy od nas inne zwierzęta. Niedźwiedź i tygrys zaś posłużą nam jako środek transportu, oczywiście po uzyskaniu odpowiedniej umiejętności za punkty zdobywane co poziom doświadczenia. Ujeżdżanie takiego zwierza to zdecydowanie ciekawszy sposób przemierzania świata gry niż za kierownicą topornego auta z poprzedniczek.

Powracają obozy i planowanie ataku raz jeszcze obejmuje oznaczanie obecnych w nim strażników (tym razem przywołujemy sowę i latamy nad ich głowami), co można wykorzystać na kilka sposobów. Wjazd frontową bramą na mamucie, nasłanie niedźwiedzia jaskiniowego w sam środek obozu, posłanie ognistych strzał w snopy siana i chaty przeciwników czy klasyczne podejście po cichu, z odwracaniem uwagi, zdejmowaniem oddalonych od grupy jednostek i ukrywaniem ciał (chociaż z tego ostatniego znów nie ma sensu korzystać). Warto też zająć się rogami, gdyż służą one za sygnał do wezwania posiłków. Niby wszystko podobnie jak wcześniej, lecz z pomocą zwierząt, bez karabinów snajperskich i z możliwością spopielenia całej grupy wrogów mamy zupełnie inne doznania.

W ostatnich odsłonach Far Cry korzystanie z cichego łuku było szalenie rajcujące, ale strzał było niewiele, więc funkcjonował on raczej w formie ciekawostki. Tym razem nasz (ulepszony) kołczan mieści prawie pięćdziesiąt sztuk, które tworzymy na poczekaniu w menu wyboru broni. Dodatkowo są trzy rodzaje łuków (krótki, długi z przybliżeniem podczas celowania oraz podwójny), a możemy też rzucać dzidą lub maczugą. Tymi dwoma broniami walczy się również wręcz, lecz tutaj nie ma niczego złożonego – zwykłe nawalanie się po głowach, aż ktoś umrze. W sumie pasuje to prehistorycznych klimatów, choć czuć niedosyt.

Za wszystko, co robimy, otrzymujemy punkty doświadczenia i dają one dostęp do nowych umiejętności. Żeby jednak nie było zbyt łatwo, tych uczą nas wybrane postacie i najpierw trzeba je do siebie przekonać poprzez zbudowanie chaty. Mamy więc łowczynię pomagającą w tropieniu i korzystaniu z łuku, wojownika od różnych rodzajów eliminacji (zabójstwo z góry, w serii itp.), pojmanego wroga ujawniającego sekrety ognistych bomb i tak dalej. Te same postacie odblokowują też nowe rzeczy w menu craftingu, także grzechem byłoby porzucić całe to zbieractwo materiałów i kazać im spać pod gwiazdami.

W Far Cry Primal urzeka przede wszystkich przywiązanie do szczegółów. Opracowany przez zespół lingwistów język jest prosty i nie sprawia wrażenia wymyślonych na poczekaniu słówek, a po kilku godzinach zacząłem co nieco rozumieć bez napisów. Całkiem pomysłowo też przetłumaczono dialogi. W napisach czytamy zdania typu „Kali jeść, Kali zabić”, ale ta prostota pasuje do ograniczonego słownika człowieka pierwotnego i zupełnie mi nie przeszkadzała. Sposób myślenia bohaterów, zwyczaje, systemy wartości – wszystko to jest przedstawione w formie, w jaką jestem w stanie uwierzyć. Trzeba jednak przyznać, że nie silono się na jakąś głębszą fabułę. Trzeba zabić przywódców wrogich plemion i tyle. Całe szczęście, że postacie są bardzo charakterystyczne.

Osobny akapit poświęcić należy rozgrywce po zapadnięciu zmroku. Noc trwa bardzo krótko, lecz wychodzą wtedy wilki i inne drapieżniki, które dają o sobie znać jedynie święcącymi w ciemności oczami. Wilk, wiadomo, stworzenie stadne, stąd bez porządnego zwierzęcego kompana będzie trudno. Można też podpalić maczugę i odpędzać się stworzoną w ten sposób pochodnią od zagrożenia, ale ta w końcu się wypali, a drapieżnik jest cierpliwy. My zresztą też możemy być takimi drapieżnikami! Nawet gdy osłabione zwierzę nam ucieknie, zostawia za sobą ślady krwi. A jeśli porządnie je poraniliście, może się nawet wykrwawić podczas ucieczki!

Far Cry Primal (PS4) zaskoczyło mnie, rozkochało w sobie i wciągnęło bez reszty do bogatego świata tysiące lat przed naszą erą. Kto by pomyślał, że uda się przełożyć tę serię na tak nietypowy okres, dorzucając w dodatku tyle smaczków i wykazując się przywiązaniem do szczegółów. Wszystkie odgłosy dzikiego świata, niebezpieczeństwa czyhające na każdym kroku, rozmaite opcje podczas walki – mamy do czynienia ze zdecydowanie najciekawszą odsłoną serii.

Far Cry Primal
Nasza ocena: 8.5/10
Daniel Stroński
Far Cry bez broni palnej. Jeśli w poprzedniczkach graliście po cichu i korzystaliście często z łuku, pokochacie tę część.
  • Plusy
  • Prehistoryczny klimat i pomysłowe bronie
  • Niezależna od gracza fauna
  • Charakterystyczne postacie odblokowujące nowe umiejętności
  • Bogactwo wytwarzanych przedmiotów
  • Minusy
  • Fabuła nie porywa
  • Walka wręcz brutalna, lecz bez polotu
  • Poskramianie przebiega zbyt łatwo
far cry primal playstation 4 recenzja ubisoft