Publicystyka Paweł Musiolik
16.09.2016
Playtest: For Honor (PS4)
For Honor w bazie gier
Playtest: For Honor (PS4)

Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz grałem w jakąś grę Ubisoftu. Ich schemat, który uskuteczniają w wielu swoich produkcjach, nie za bardzo do mnie przemawia. Jednak coś w firmie się zmienia i pojawiają się eksperymenty w postaci For Honor (PS4). Od momentu zapowiedzi chciałem jak najszybciej sprawdzić ten tytuł i dzięki aktualnie trwającym testom wersji alpha  miałem okazję.

Od samego momentu zapowiedzi, wszyscy jak mantrę powtarzali, że For Honor (PS4) to połączenie Dynasty Warriors z Chivalry. Nic bardziej mylnego. Produkcja Ubisoftu jest sprytnie przebraną grą MOBA. To ostatni gatunek, o którym bym pomyślał, jeśli chodzi o ten tytuł a jednak. Trzy punkty na mapie do przejęcia, rozgrywka 4 na 4 (w głównym trybie), gdzie towarzyszą nam padający na jeden strzał miniony. Każdy z bohaterów ma cztery umiejętności, które możemy odblokować za wbijanie kolejnych poziomów w walce, a punkty doświadczenia lecą za każdą aktywność – zabicie miniona, rywala lub przejęcie danego punktu. Oprócz tego całe dostosowywanie postaci także skrojone jest na modłę gier MOBA – są przedmioty kosmetyczne, są też takie, które dodatkowo zmieniają statystyki naszego wojaka i tu mam pewne obawy. Jeśli w grze pojawi się jakaś forma mikrotransakcji, to balans gry może zostać solidnie zachwiany. Wystarczy, że ktoś o grubym portfelu kupi sobie paczkę wewnątrzgrowej waluty i nakupuje skrzynek z zawartością Premium, na którą inni będą powolutku ciułali gotówkę. Ale odłóżmy na chwilę to czarnowidzenie.

Tym, że For Honor (PS4) jest sprytnie zakamuflowaną grą MOBA, byłem zaskoczony. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że mimo mojego uprzedzenia do tego gatunku, grało mi się znakomicie. Nie ukrywajmy, deweloperzy uwielbiają zrzynać pomysły innych i przerabiać je pod swoje potrzeby. W przypadku gry Ubisoftu nie mamy tutaj ani krzty Musou od Koei Tecmo. Pożyczono za to system walki z pewnej bardzo starej bijatyki wydanej na PSX-a przez Squaresoft. Pamiętacie Bushido Blade? Otóż to. System walki, cały jego nacisk na odpowiednie ułożenie broni i rozważną walkę wypisz wymaluj wyjęto z tamtej produkcji. Oczywiście nie jest ona aż tak brutalna i nie giniemy po jednym ciosie. Mając na uwadze dobro masowego konsumenta (jeszcze biedak by się zniechęcił po minucie), nasz bohater ma pasek życia i wytrzymałości. Do czego służą – trudno nie wywnioskować. Ciekawe jest to, że pomimo podziału na ataki słabe i mocne, tych pierwszych za bardzo nie opłaca się wykorzystywać inaczej niż na zwykłych przeciwników, których niezależnie od rodzaju ataku zabijamy jednym ciosem. W trakcie tych kilkudziesięciu walk, które stoczyłem, słabszy atak wykorzystywałem to wybicia rywala z rytmu i próby wyprowadzenia jakiejś kombinacji z mocnym ciosem, bardzo szybko wykańczającym rywala i pozwalającym na egzekucję. A te są dla mnie taką mała wisienka na torcie mimo faktu, że… za mało tutaj brutalności i tylko jeden atak pozbawia pokonanego głowy. Wybaczcie, siedzi we mnie trochę sadysty.

W walce równie ważna co ofensywa jest defensywa, czyli odpowiednia pozycja, ciągłe obserwowanie przeciwnika i odpowiednie blokowanie ataków, które pozwala potem odpalić tryb Zemsty i zyskać dodatkową siłę. Walki 1 na 1 tutaj wyglądają bardzo dobrze i czasami trwają nawet kilka grubych minut, przypominając pojedynki szermierzy – do pierwszego błędu. Niestety, nie do końca sprawdza się to w trybie 4 na 4, gdzie o ile rozgrywka z SI jeszcze jako tako ma sens, tak zwykli gracze psują cała frajdę. Biegają w grupkach niczym dzikie psy i okrążają nas, co skutkuje śmiercią po dwóch sekundach. W teorii – pobratymcy mogliby Wam przyjść z odsieczą, ale w praktyce (w trakcie moich gier) ani razu się tak nie zdarzyło, bo wszyscy woleli sobie biegać po mapie samemu. Mam nadzieję, że to tylko i wyłącznie z powodu otwartości testów na osoby nie będące nawet zainteresowanym na poważnie grą. Walka jest bardzo ciekawym elementem, ale na razie będzie miała większy sens chyba tylko ze zgraną ekipą, bo bez tego każda potyczka szybko będzie wyglądała jak te oficjalne ustawki chuliganki, które można pooglądać na YouTubie – drużyna, która pierwsza straci kompana, dostaje błyskawicznie oklep od reszty. Nawet szybkie blokowanie tu nie pomaga.

Jak na wczesną wersję (w to mogę uwierzyć, premiera dopiero za pięć miesięcy), całość działa wyjątkowo sprawnie i jest...ładna. Owszem, lokacje niezbyt imponują rozmiarami i oferują bardzo sterylne środowisko, w którym ograniczają nas niewidzialne ściany, ale jak na grę robioną przez Ubisoft – jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony tym, co widziałem. Matchmaking jest bezproblemowy i nawet jeśli trafi się nam jakaś czarna owca lagująca rozgrywkę, to jest wyrzucana i zastępuje ją bot. Gdy zdarzy się to na początku rundy, ta czasami jest resetowana, co niektórych może zaskoczyć.

Zasadne jest pytanie, czy gra się szybko nie znudzi. Ale jak to każda MOBA – dla niektórych taka rozgrywka będzie zupełnie nudna, inni wsiąkną na setki godzin. Jak wspomniałem, ja nie przepadam za tym gatunkiem, bo większego celu w nim nie ma. For Honor (PS4) ma zaoferować jakąś tam kampanię, więc przynajmniej dostane powód, by grę odpalić i spędzić z nią kilka godzin. Sieciowy tryb na ten moment ma jakiś poważniejszy potencjał, a przykład Rainbow Six: Siege (PS4) pokazuje, że Ubisoft potrafi dobrze zarządzać swoimi produkcjami i je wspierać. Mam więc cichą nadzieję, że już w pełnej wersji For Honor pójdzie śladem RS: Siege, a nie The Division. Na ten moment – jestem kupiony.

for honor playstation 4 playtest ubisoft Ubisoft Montreal