Wyleciało mi z głowy kALWa888
11.08.2017, 20:43
WG #179 – W co gracie?
Uncharted 4: Kres Złodzieja w bazie gier
WG #179 – W co gracie?
Witam w kolejnym odcinku weekendowego cyklu. Piszcie w co gracie i jak spędzacie wolny czas.

Dawno mnie tu nie było. To nie tak, że jestem leniwą kluchą, której nic się nie chce, bo od panujących upałów się roztopiła i teraz może jedynie leżeć i parować. Nie jest tak ani trochę. Nie będę się więcej tłumaczył, bo to prowadzi do ślepej uliczki. Tak czy siak, znów nie było mnie prawie miesiąc. Znów nie poznałem zbyt wiele nowych gier, no chyba że policzymy te, które miałem przyjemność (albo i nie) zrecenzować. Nie będę więc o nich pisać, bo swoim zdaniem podzieliłem się już w tekstach opublikowanych na stronie. Jak widzicie na okładce, tematem przewodnim jest Uncharted 4, ale przed nim przeszedłem Uncharted 3, więc to od tej gry zacznę.

Uncharted jakie jest, każdy wie. Przede wszystkim przereklamowane. Poczynając od pierwszej części, która otworzyła wielu osobom oczy na to, że istnieje coś takiego gry. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji ograniczonych do Internetu i znajomych. O dwóch pierwszych częściach już pisałem. Największy ich problem to kiepska mechanika strzelania – zbyt mocne przybliżenie przy celowaniu z ramienia, częste problemy z celowaniem podczas wychylania się zza osłony czy drżenie celownika mające udawać odrzut. Do tego wszystkiego dodajmy ogólne braki w mocy, bo jak strzelamy do przeciwników to ci potrafią nic sobie nie robić, nawet po otrzymaniu kilku strzałów. Podobnie rzecz ma się w The Last of Us, ale tam nie strzela się dużo z wiadomych przyczyn. Jednak w serii Uncharted, gdzie jedynka to symulator zabijania dużych grup czarnoskórych ludzi, podobna jakość woła o pomstę do nieba. W Uncharted 2 jest już trochę lepiej, choć nie jeśli chodzi o strzelanie. Nie ma tak dużych zmian w tym temacie, aby można było mówić o postępach. Te są zauważalne w innych aspektach. „Jedynka” była grą mówiącą „hej, jesteśmy Naughty Dog. Mamy tutaj taką grę i dużo fajnych pomysłów, ale nie umiemy ich odpowiednio wykorzystać”. Druga część jest o wiele lepiej skonstruowana, ale to żadna rewolucja czy gra idealna w swojej kategorii. Wprawdzie daleko jej do ideału. Mimo wszystko grafika wciąż robi wrażenie i sama gra jest przyjemna, no chyba że gramy na poziomie najtrudniejszym. Albo przysypiamy na początku w tej słabej i wciśniętej na siłę sekwencji skradankowej. Przy pierwszym kontakcie ledwie to wytrzymałem, a niestety jest ich więcej. Nie wiem po co one tam w ogóle są, bo nic nie wnoszą.

Dalej jest Uncharted 3. Długo minęło zanim sprawdziłem kolejną część. Po drugiej nie miałem ochoty na kolejną, musiałem trochę odpocząć. Sami rozumiecie. Nie wiem czy odpoczywałem wystarczająco długo, czy „trójka” jest po prostu lepsza. Nie licząc tej kiepskiej bójki na samym początku, kolejne akcje były świetne. Podobnie jak kolejne fragmenty. Spodobały mi się też postacie, co pozytywnie wpłynęło na dialogi. Fajny był też pewien fragment z przeszłości. Sytuacja zmieniła się pod koniec gry, kiedy pojawili się ci przeciwnicy. Żałosny motyw, choć nie tak odrealniony jak w poprzednich częściach. Może dlatego mi się nie spodobał. Koniec końców okazuje się, że druga pozostaje najlepszą częścią. Trudno mi ocenić dlaczego, zwłaszcza że żadnej nie pamiętam dobrze. No bo co tu pamiętać. W fabule nic się nie dzieje (tzn dzieje się dużo, ale meh – jest niemal o niczym), rozgrywka też niczym nie zaskakuje. Gry dobre na raz i żeby zapomnieć. Do Uncharted 3 jeszcze wrócę, bo nie mam platyny. No i czeka mnie (nie wiem w jak odległej przyszłości) zabawa z trofeami z DLC, ale to samo mam z „dwójką”. No nie chce się!

No i teraz pora na Uncharted 4: Kres Krula. Połączenie Uncharted i The Last of Us czyli Nathan z brodą na brodzie polujący na grzyby. I z córką u boku. Nie no, żartuję. Jeśli graliście to na pewno to zauważyliście. Czym jest więc czwarta część tak bardzo popularnej serii? Niedużo brakowało do stania się najlepszą odsłoną. Gra jest jednak zdecydowanie zbyt długa i przy nowym, bardziej realistycznym kierunku, wciąż za bardzo nastawiona na zabijanie. Strzela się jednak o wiele lepiej, za co duży plus. Wciąż jest to ten śmieszny poziom, który trochę nijak ma się do tego co oferuje o wiele starsza gra jak Max Payne 3 (moc, krótko mówiąc), ale aż szkoda że dopiero po tylu latach Naughty Dog udało się zrobić w miarę przyjemny model strzelania. Choć ten niby podoba się wtedy jeśli nie gra się w inne gry. Ja tam nie wiem, porównałem po bezpośredniej przesiadce z Uncharted 3. Co mamy dalej? Przepiękna grafika, która zwłaszcza na początku robi ogromne wrażenie. Podoba mi się też to, że kolorystyka gry jest nieco bardziej stonowana. Wciąż odwiedzamy piękne, kolorowe lokacje, ale nie tylko, bo pojawia się coś mroczniejszego, co sygnalizuje już okładka gry. Spodobały mi się też fragmenty z różnych okresów życia Nathana – to znaczy stanowiły fajną odmianę. Zwłaszcza, że „Nate na kresach” nie jest szczególnie ciekawy. Nie dociera do niego zbyt wiele, ale znów stara się tym przejmować. Taki lekkoduch, który nie ma wyjebane. Może to przez jego twarz, która zdawała się należeć do kogoś innego – tak bardzo różniła się od tych z poprzednich części. Zaznajomieni z czwartą odsłoną wiedzą, że często towarzyszy nam niejaki Sam. I mogłoby to być fajne gdyby wpłynęło to na dialogi. Nie wpłynęło. Są płytkie i ograniczają się do rozkmin na temat tego, że „Uch! Chłopaku! Ale to był skook!” lub „hm, Nathanuś, to jak my teraz tam wejdziemy, hę?! Mądryś?!”. Dwa czy trzy razy zdarzyły się bardziej rozbudowane dialogi, ale jak na 18-godzinną grę było tego zdecydowanie zbyt mało. Nie jest jednak tak, że gra mi się nie spodobała. Dobrze mi się grało, ale przy drugim podejściu do platyny, zaczynałem się już wkurzać. Za bardzo to wszystko rozwleczone nie wiedzieć po co. Przy tak schematycznej rozgrywce (mimo nowości taka jest) i stosunkowo nieciekawej treści trwa naprawdę zbyt długo. Tryb wieloosobowy to inna sprawa, ale grę i tak usunąłem bo zajmuje prawie 70 GB. Kiedyś z przyjemnością do niego wrócę, ale na razie jest Doom.

Tak, wróciłem do trybu wieloosobowego w Doom. Większość na pewno wie dlaczego. Dodatki stały się darmowe, więc nie mogłem się powstrzymać. To w sumie jedyne multi, w które umiem grać, więc bawię się wyśmienicie. Jestem na etapie, w którym do 100% trofeów zostały mi tylko dwa i wiążą się z grubym grindem. Gra mi się świetnie – podoba mi się dynamika starć, ich szybkość, konstrukcja map i możliwość wcielania się w demony. Korzystam raczej z ciężkiego karabinu szturmowego, który przydaje się przy dużych odległościach oraz karabinu plazmowego, który znów jest niezastąpiony w starciach na krótki dystans. Spróbuję Wam nakreślić ile brakuje mi do tych dwóch trofeów. Każde 50 zwykłych poziomów to 1 poziom prestiżu. Jestem na trzecim poziomie prestiżu, a trofea wiążą się ze zdobyciem jakoś 8-ego poziomu prestiżu, więc jeszcze długa droga przede mną! Cieszy mnie to, bo naprawdę mi się podoba to multi. Wiem, że nie jestem w większości, choć nie potrafię powiedzieć co się ludziom w nim nie podoba. Mogłoby to być ciut szybsze, ale niekoniecznie. Z jednej strony gdyby nie to, że ta gra zajmuje blisko 70 GB to miałbym na dysku dalej Uncharted 4 i pobawiłbym się w tryb Przetrwania. No ale wiadomo, priorytety.

Kolejną grą, którą przeszedłem jest hit dodany ostatnio do PlayStation Plus. To kolejny przykład na to jak powinno się robić gry filmowe. Wciąż są tutaj denerwujące QTE, ale zrobione o wiele lepiej niż w średnich grach Telltale (ja nie wiem czemu te ich gry się tak cieszą – choć nie wszystkie sprzedają). Mamy tu wybory, które faktycznie wpływają na treść gry, a ponadto o wiele ciekawszą rozgrywkę, która składa się z czegoś więcej niż wybierania kolejnych odpowiedzi i okazyjnych przechadzek oraz częstych sekwencji QTE. Tutaj mamy też całkiem rozbudowaną eksplorację oraz przedmioty do znalezienia. To znacznie urozmaica rozgrywkę, ale znów nie do końca mnie cieszy z uwagi na trofea. Grę póki co ukończyłem raz i gdyby nie to, że zajmuje 50 GB to grałbym w nią dalej. Za pierwszym przejściem trochę spiąłem dupkę i postarałem się o to, żeby wszystkie postacie przeżyły. Wiecie co to oznacza? No nic, w sumie. Tylko tyle, że z kolejnym przejściem kiedy uśmiercę wszystkich poczekam do momentu aż znajdę wszystkie przedmioty (totemy i te inne bajery). No i nie wspomniałem o świetnym klimacie i głupiej (ale urokliwej na swój sposób) fabule rodem ze slasherów klasy B. Jedyne co mnie zaskoczyło to nadprzyrodzony wątek, ale nie przeszkadzało mi to zbytnio. Po prostu przez to gra zaczęła mi się kojarzyć z Zejściem – filmem który średnio lubię.

Przez ten weekend bawić się będę głównie w Hellblade. O grze pisałem w recenzji, więc nie będę się powtarzać. Gra mocno mnie oczarowała, głównie dzięki bohaterce i unikalnemu nastrojowi. Mogłaby oferować lepszą rozgrywkę, ale obecny charakter pasuje do opowiedzianej historii. Moim celem na weekend jest zdobycie platyny, czyli zebranie wszystkich glifów z nordyckimi opowiastkami. Powinno pójść szybko, tym bardziej że jestem już w ponad połowie gry.

To w sumie wszystko na ten odcinek. Czasu i energii nie ma! Bawcie się dobrze i piszcie w komentarzach przy czym. Nie muszą to być tylko gry, bo rozrywka ma wiele obliczy.

Oceń notkę:
+ +18 -