Recenzje Mateusz Greloch
17.09.2014
Recenzja: Destiny (PS4)
Destiny w bazie gier
7.5
/10
Ocena
Recenzja: Destiny (PS4)

Najgłośniejsza premiera roku. Najdroższa produkcja w historii branży gier wideo. Dla jednych klapa, dla drugich objawienie. Widziałem nagłówki w stylu "Destiny - Mesjasz czy antychryst". Jak to naprawdę jest z tą grą Bungie, które obiecywało, że ten właśnie tytuł ich najlepszą produkcją? Zapraszam do nietypowej w formie recenzji, która powinna rozwiać wszelkie wątpliwości co do słuszności sięgnięcia po Destiny (PS4).

Czy widać i słychać po Destiny, że wydano 500 milionów na tę markę?

To pierwsze pytanie zadawane podczas streamów przez osoby widzące, że cioram w Destiny. Każdy, kto śledził newsy o tej grze na naszym portalu, wie, że połowa tej kwoty poszła na sam marketing. Zostaje nam 250 milionów, które rozłożono na parę ładnych lat, w trakcie trwania których Bungie doda nowe funkcje, rozwinie te już istniejące i na bieżąco będzie monitorowało grę, by łatać wszelkie błędy zabierające radość z rozgrywki. Oprawa graficzna oraz muzyczna robią spore wrażenie, nawet na osobach, które z branżą gier wideo nie mają niczego wspólnego. Podczas ogrywania misji na Księżycu odwiedzili mnie bracia, którzy pomimo posiadania konsol w domu stwierdzili, że dawno nie widzieli tak dopracowanej gry z przemyślanym w najdrobniejszym stopniu designem.

Zobacz naszą galerię z pełnej wersji Destiny #4

Z tym nie sposób się nie zgodzić – lokacje nie wyglądają na tworzone zasadą kopiuj-wklej, a dla samych krajobrazów warto przystać w zadumie i walnąć fotkę przyciskiem Share. Gra wygląda ślicznie i tutaj nie ma się co rozwodzić – na obu generacjach nie można się przyczepić do oprawy audio-wizualnej, choć widocznie lepsze cienie oraz wygładzanie krawędzi na PlayStation 4 to sprawa oczywista i nie powinno to nikogo dziwić. Jeśli chodzi o muzykę, to osoby mające styczność z serią Halo poczują się jak w domu – patetyczne, smyczkowe pociągnięcia dodające wzniosłego tonu wydarzeniom na ekranie ustępują ciężkim, elektronicznym brzmieniom, kiedy rozpętuje się wojna pomiędzy Guardianami i jedną z paru obcych ras. Dawno nie byłem tak zachwycony muzyką, która idealnie trafiła w moje gusta, a której nie zapomnę zaraz po wstaniu z kanapy. Oczywistości, jak grafika i muzyka, mamy za sobą, czas przejść do bardziej kontrowersyjnych kwestii, którymi internet żyje od paru dni. Aby nie rzucać się od razu na głęboką wodę, zacznijmy od naszego rodzimego poletka.

Co oni do mnie mówią?

Wielu rodaków solidarnie stwierdziło, że skoro Activision, Bungie oraz polski wydawca nie dbają o polskiego klienta, to oni nie zamierzają dbać o ich portfele i zbojkotowali premierę Destiny w Polsce. Zupełnie niepotrzebnie, bo choć brak polskich napisów boli, to dla przeciętnego człowieka, który z grami już parę lat spędził, angielski w Destiny nie będzie żadnym problemem. Podczas ogrywania misji fabularnych dialogów nie ma zbyt wiele, a proste nazewnictwo frakcji, przeciwników oraz najważniejszych elementów rozgrywki jest do ogarnięcia nawet dla kogoś, kto ledwo zaliczył kurs angielskiego lub zna go tylko z podstawówki. Przygotujcie się na wszelkie mieszaniny słów takich jak The Darkness, Light, Guardian, Ghost, The Fallen, The Hive czy The Traveller. Tyle potrzeba, by zorientować się w głównej osi fabularnej, którą i tak większość przejdzie z ciekawości, niemalże od niechcenia, a później zanurzy się w PvP, Strike’ach, Raidach i szukaniu coraz lepszego ekwipunku.

Co z tą historią?

Jest nudna, sztampowa, powtarzalna, nieskomplikowana, wyłożona prosto i klarownie, nie wymaga od odbiorcy sporego skupienia. Traveller przybył z odległego świata i postanowił usadowić się nieopodal, racząc nas swoją technologią i pokazując jak przemierzać Układ Słoneczny, niosąc radość i dobrobyt. Zbudowany ze Światłości byt musi uznać wyższość Ciemności, która nęka go i sprawia, że zaczyna obumierać. Naszym zadaniem jako Guardiana jest stawienie czoła przeciwnikom i walka o istnienie Travellera, co w wielkim skrócie wygląda jak turystyczne wypady na okoliczne planety i spuszczanie manta obcym rasom. Pod koniec kampanii poznajemy głównych podejrzanych o szerzenie Ciemnego stylu życia [lub przewrotnie nie-życia] i schodząc w głąb labiryntu musimy stawić czoła największemu zagrożeniu, z jakim ludzkość miała do czynienia od początku swojego istnienia. Brzmi górnolotnie? Bo tak jest. Jeśli ktoś spodziewał się niezwykle rozbudowanej fabuły z dziesiątkami postaci, setkami zadań i wartymi zapamiętania motywami, to może się srogo zawieść.

Tak prezentuje się Wenus, Mars i Reef w Destiny #4

Bungie najwyraźniej stwierdziło, że da nam okazję zapoznać się z systemem rozgrywki, poznać umiejętności obranej przez nas klasy i pokazać słabe punkty każdej z ras zanim zaprosi na Strike’i i Raidy. Taką sobie wymyśliłem teorię i radzę Wam tak samo traktować misje fabularne – jako swoisty samouczek, który dopiero przygotowuje na walkę z falami przeciwników w Strike’ach lub na starcia z żywymi graczami w PvP. Jeśli chcecie kupić Destiny dla fabuły, to bądźcie ostrzeżeni – nie tędy droga.

Czy Destiny to MMO?

Nie. Destiny posiada zbyt małe światy oraz niezbyt rozwinięty system rozgrywki, by móc nazwać go pełnoprawnym MMO. Massive ogranicza się tutaj jedynie do spotkania wielu graczy w mieście, bowiem podczas misji możemy ewentualnie mijać się z przypadkowymi grającymi, którzy akurat wykonują to samo zadanie. Kiedy wejdziemy do strefy stricte powiązaną z misją, wtedy jedynie nasz Fireteam, czyli drużyna, może przejść razem z nami. Tutaj kolejna bolączka, która przekreśla Destiny jako MMO – w drużynie może być maksymalnie trzech członków, ale nie tyczy się to paru trybów PvP i szeroko omówionego już Raidu, który jest dostępny od 16 września. Trzy osoby na misję i Strike’i? To bardzo mało i znacznie ogranicza interakcję ze znajomymi.

Tak prezentuje się Wenus, Mars i Reef w Destiny #4

W obecnej chwili na mojej liście znajomych znajduje się 48 osób grających w Destiny, z czego chętnie zagrałbym z co najmniej dziesiątką z nich. Jestem przymuszany do wyboru „kogo lubię najbardziej” lub „kto ma najwyższy poziom i ogarnie Strike”. Rozumiem, że taki był zamysł, ale patrząc jaki nacisk Bungie kładzie na całą społecznościową otoczkę gry, ale nie rozumiem przeoczenia tak istotnego elementu, jakim jest liczba ludzi w drużynie. Z drugiej strony może się to wiązać z przygotowanymi zadaniami, które w piątkę czy szóstkę nie stanowiłyby żadnego wyzwania, jednak wtedy obwiniałbym misje i koło się zamyka. Brak tutaj również opcji wymiany sprzętu z kimś z gildii, do której należymy, komunikację ograniczono do rozmów głosowych wewnątrz Fireteamu, dodając ewentualnie parę gestów, które nie służą niczemu innemu, jak tylko zabawie lub ustawianiu się do zdjęć.

Czy Destiny to zwykły shooter?

Nie. To strzelanina z perspektywy pierwszej osoby, która ma tak wiele elementów RPG, że według obecnych standardów wychodzi poza ramy tradycyjnych FPS’ów. Owszem, jest parę rodzajów broni podzielonych na trzy kategorie, ale ich odmiany prędzej skojarzą się nam z Diablo lub Borderlands niż Call of Duty czy Battlefieldem. Zbieramy łupy, możemy ulepszać bronie po zdobyciu określonej liczby punktów doświadczenia, identyfikujemy rzadkie engramy i farmimy specjalne marki lub punkty frakcji, by mieć dostęp do coraz lepszego sprzętu. O ile sama kampania może być potraktowana jako swoisty shooter FPP, tak konstrukcja świata oraz samych zadań nie przypomina „korytarzówek”. W jakiej innej grze FPS mamy do czynienia z wspólnymi wypadami na bossów? Albo na grę w 3-osobowym co-opie, gdzie kampanię podzielono na osobne misje, załadowywane osobno, a które zmuszają gracza do przemierzania tych samych miejscówek, pozwalając dojść kawałeczek dalej, ubić bossa i wyjść do mapy świata oczekując na kolejny wybór?

Tak prezentuje się Wenus, Mars i Reef w Destiny #4

Destiny nie jest MMO, Destiny nie jest FPS’em, Destiny jest hybrydą trzech gatunków – to MMOFPSRPG i jeśli któryś z tych członów Was odrzuca, to szansa na polubienie gry jako całości znacznie maleje. W wielkim skrócie – każdy moduł, czy to PvP, Co-op czy kampania, oferuje inne doznania i wielu znajdzie tutaj coś dla siebie, ale mowy o sztywnym wyznaczeniu gatunku być nie może.

activision bungie destiny playstation 3 playstation 4 recenzja