Publicystyka Tomek Alicki
10.06.2017
Recenzja: Mumia
Recenzja: Mumia

9 czerwca można zaliczyć jako piątek pełen wielkich powrotów. Razem z umięśnioną i półnagą ekipą Baywatch, na ekrany kin powróciła Mumia! Tom Cruise po raz kolejny zawitał w kinach ze swoimi kaskaderskimi popisami. Wiele osób sceptycznie podchodziło do odświeżania hitu z 1999 roku. Po kilku zwiastunach, wywiadach i licznych plotkach, oczekiwanie się zakończyło, a prawda wyszła na jaw…

Słowo „uniwersum” powoli odbija się czkawką po całym Hollywoodzie. Marvel z roku na rok robi kawał dobrej roboty ze swoimi superbohaterami, zapewniając swoim fanom kawał porządnej rozrywki. DC zaczyna powoli doganiać rywala i filmem Wonder Woman udało przekonać się do siebie znacznie większą liczbę osób niż dotychczas, a wraz z premierą Godzilli sprzed kilku lat otworzyły się drzwi, przez które dumnie przeszedł niedawno obraz Kong: Wyspa czaszki. Podobne uniwersum rozpoczyna właśnie Mumia.

Fabuła filmu kręci się wokół niebezpiecznego grobowca po środku terytorium terrorystów w Iraku. Tajemniczym zrządzeniem losu wszyscy bohaterowie znajdują się dokładnie w tym samym miejscu. Nick Morton (Tom Cruise), Jenny Halsey (Annabelle Wallis) i Chris Vail (Jake Johnson) schodzą do podziemi, gdzie odnajdują starożytny grobowiec. Jak to zazwyczaj w kinie przygodowym bywa, znaleziska leżące pod ziemią przez kilka tysięcy lat nigdy nie przynoszą nic dobrego. Razem z nowym odkryciem rozpoczyna się łańcuszek niefortunnych wydarzeń.

Po tym krótkim wstępie Mumię można najprościej określić jako bogaty w humor film przygodowy z okazjonalnymi elementami horroru. Pod koniec seansu, kiedy widzom zbiera się na podsumowania, nowy projekt Aleksa Kurtzmana sprawia wrażenie, jakby chciał mieć wszystko, ale nie miał niczego. Jeżeli ktoś rozłożyłby całość na najważniejsze dla kina elementy, zostawić w spokoju można jedynie ścieżkę dźwiękową, która może nie powala na kolana, ale chociaż nie wzbudza większej irytacji.

Zaczynając od najcięższych argumentów – scenariusz jest pełen luk, a między postaciami nie ma żadnej chemii. Za samą historię odpowiadają aż trzy różne osoby, co wyraźnie widać po logicznych problemach, jakie wychodzą podczas seansu. Całość wygląda, jakby za każde z głównych miejsc akcji odpowiadała inna osoba. Podobny brak uwagi widać w przypadku obsady. Annabelle Wallis rzuca jedno zdanie o wadze odkrycia, jakiego dokonała, by przez dalszą część filmu stanowić romantyczny dodatek dla Toma Cruise’a. Russell Crowe momentami rozjaśnia ekran, a rola Jake’a Johnsona trwa bardzo krótko i wszyscy zdają się po prostu przyklaskiwać gwieździe Mission Impossible.

Ten sam przykry wniosek przychodzi na myśl, kiedy zastanowimy się nad fabułą. Nie wchodząc w detale, zakończenie nie tylko daje do zrozumienia, że twórcy myśleli już sporo nad drugą częścią, ale również ukazuje Mumię jako pretekst do rozpoczęcia całej fabuły. Finałowi towarzyszy uczucie bezsensu. Kurtzmanowi udało się zrobić film bezpłciowy pod każdym względem, który został uproszczony swoim zakończeniem do granic możliwości.

Pozytywne aspekty nie pozwalają niestety zapomnieć o powyższych problemach, ale czynią seans odrobinę przyjemniejszym, np. warto docenić próbę okazjonalnych żartów. Mumia to pomieszanie kilku bardzo różnych od siebie gatunków. Kino przygodowe niestety z tego kiepskie, co wynika bezpośrednio ze scenariusza, jednak elementy horroru wypadają już znacznie lepiej. Reżyserowi zdarza się doprowadzać do interesujących absurdów. Przerażenie miesza się ze śmiechem i Tom Cruise żartuje prosto w twarz mumii, która jeszcze przed chwilą budziła w bohaterach śmiertelny strach.

Sceny akcji i klimat przez długi czas napawały optymizmem, co pozwala przychylniej patrzeć w stronę potencjalnych kolejnych części. Tom Cruise od dawna szczycił się swoimi kaskaderskimi wyczynami, widzieliśmy jego możliwości podczas Mission Impossible czy nawet w materiałach z Mumii i tutaj faktycznie przynosi to bardzo pozytywny efekt.

Mumia to jeden wielki bałagan. Film jest bardzo chaotyczny, przenosi widzów z miejsca na miejsce bez konkretnego powodu, a postaciom brakuje charakteru. Otwarcie całego Dark Universe wypada o tyle niepokojąco, że nie można znaleźć nikogo, za kim moglibyśmy zatęsknić. Bohaterowie mają swój konkretny cel w fabule, realizują go w gorszy lub lepszy sposób i odchodzą, nie wzbudzając większych emocji w widzach. Przed twórcami czeka kawał solidnej roboty przed kolejnymi filmami. Kurtzman powinien obejrzeć jeszcze raz swoją produkcję, wyciągnąć wnioski i następnym razem odnaleźć myśl, której chciałby się trzymać przez dłużej niż 15 minut.

mumia recenzja recenzja filmowa