Publicystyka Tomek Alicki
10.06.2017
Recenzja: Baywatch. Słoneczny patrol
Recenzja: Baywatch. Słoneczny patrol

Po ponad 15 latach powracamy na kalifornijskie plaże. Davida Hasselhoffa zastępuje Dwayne Johnson, u jego boku pręży muskuły Zac Efron, a znany serial wraca tym razem pod postacią amerykańskiej komedii. Pytanie tylko, czy gwiazda Szybkich i Wściekłych z wiankiem atrakcyjnych kobiet za plecami wystarczy, żeby utrzymać widza rozbawionym przez niecałe dwie godziny…

Fabuła filmu wrzuca nas prosto na początek gorącego lata. Jak co roku załoga patrolu ratowników wodnych Baywatch rekrutuje młodą krew. Ze względu na przepełnioną opalającymi się nastolatkami plażę, wyjątkowo przyjęte zostają aż trzy osoby. Wśród nich znajduje się Matt Brody (Zac Efron) – młody i zarozumiały medalista Mistrzostw Olimpijskich w pływaniu na 200 metrów. Podchodzi do Mitcha Buchannona (Dwayne Johnson) pewny, że posada wśród ratowników należy mu się z miejsca, zaczynając tym samym pierwszą część Słonecznego patrolu, która ma na celu udowodnić mu, jak bardzo się mylił.

Poznajemy wewnętrzny system Słonecznego patrolu, obserwujemy, jak ratują kolejnych ludzi z opresji, a w pewnym momencie nawet panie ozdabiające tło zgrabnymi sylwetkami zdradzają nam swoje imiona. Już od pierwszych minut reżyser porusza temat narkotyków, których rozprowadzanie po kalifornijskich wodach staje się najważniejszą sprawą dla całego Słonecznego patrolu. Sprawa toczy się po ścieżce regularnie wydeptywanej przez seriale i filmy kryminalne.

Przez ekran na zmianę przewijają się topiący ludzie oraz ratownicy bawiący się w pracę policji. Wszystko to jest regularnie doprawiane wulgarnym i mało wymagającym humorem charakterystycznym dla amerykańskich komedii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że żarty bywają wyraźnie wymuszone, a czasami wręcz żenujące. Podobne produkcje, których co roku w Stanach Zjednoczonych pojawia się na pęczki, zazwyczaj balansują na granicy śmiechu i dobrego smaku. Celny, udany żart w przypadku tego gatunku to ten, który rozbawi, ale nie wzbudzi potem wyrzutów sumienia. Baywatch najczęściej wyczuwa tę cienką granicę, jednak ciężko tutaj mówić o salwach śmiechu roznoszących się po sali.

W rezultacie największym problemem filmu jest zupełny brak pomysłu na siebie. Brakuje jakiegokolwiek charakteru. Po reżyserze mogliśmy spodziewać się różnych rzeczy. Seth Gordon z jednej strony pracował bowiem przy takich serialach jak Community, Modern Family czy Parks and Recreation, które jakościowo mówią same za siebie, ale z drugiej strony jego autorskimi „dziełami” są chociażby Złodziej tożsamości czy Szefowie wrogowie.

Film zawodzi również jako produkcja mająca nawiązywać do swojego oryginału. Przez dwie godziny krąży jeden dobry dowcip wyśmiewający nieco Słoneczny patrol, ale tak naprawdę na tym kończą się jakiekolwiek próby. Występy Pameli Anderson oraz Davida Hasselhoffa dumnie wypisywanych w czołówce filmu trwają łącznie kilkadziesiąt sekund i nie wnoszą do filmu praktycznie niczego… może oprócz kilku ciepłych uśmiechów na twarzach widzów.

Baywatch od dawna kojarzy mi się głównie z Przyjaciółmi. Pamiętam jak dzisiaj scenę, kiedy Joey i Chandler zaczynają ze sobą mieszkać. Joey w pewnym momencie rzuca się do telewizora i włącza swój ulubiony serial. Chandler, najpierw zdziwiony, pyta, o co chodzi, by kilka sekund później odnaleźć geniusz w Nicole Eggert biegnącej na plaży w zwolnionym tempie. Seth Gordon miał otwartą drogę do naprawdę wielu koncepcji. Mogliśmy zobaczyć reboot, remake czy nawet parodię. Tymczasem twórcy postanowili wziąć tytuł, potraktować go jako haczyk na widzów i nie zrobić nic więcej w kierunku oryginału.

Widać to także w samym rozpisaniu postaci. Scenariusz przewiduje miejsce wyłącznie dla dwójki swoich głównych bohaterów. Dwayne Johnson regularnie przypomina o tym, jak Baywatch jest drużyną, a praca ratownika wymaga współpracy całej grupy, ale w praktyce film skupia się wyłącznie na jego interakcji z Zacem Efronem. Najlepiej świadczy o tym scena, w której panowie razem z Alexandrą Daddario idą do szpitala, podążając nowym tropem. Kiedy Mitch i Matt żartują, robią sobie zdjęcia i badają nową sprawę, ich koleżanka… pilnuje drzwi! W ten właśnie sposób reszta ratowników spaceruje sobie po planie, uśmiechając się uroczo oraz prezentując swoje krągłości.

Realny scenariusz, patrząc na przedpremierowe zwiastuny, zakładał podsumowanie pokroju „Baywatch to udana amerykańska komedia”. Niestety sprawy potoczyły się trochę gorzej, humor spadł o półkę niżej względem niezłych reprezentantów swojego gatunku, a momentami brak logiki wręcz kłuje w oczy. Dwayne Johnson robi, co może, biorąc na siebie większość ciężaru całego filmu, ale nawet to nie było w stanie wyciągnąć produkcji na prostą.

Ocena: 4/10

baywatch recenzja recenzja filmowa