Publicystyka Tomek Alicki
27.05.2017
Recenzja: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara
Recenzja: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Ciężko sobie wyobrazić, że pierwszy film z serii Piraci z Karaibów pojawił się w kinach prawie 14 lat temu. Może kolejne produkcje nie wychodzą z częstotliwością Szybkich i Wściekłych, ale twarz Jacka Sparrowa zdążyła już wpisać się w nasze popkulturowe zwyczaje. Piąta część przychodzi po sześciu latach niczym “Przebudzenie Mocy”. Pytanie tylko, czy ten powrót zostanie przyjęty równie dobrze…

Podobnie jak w nowej odsłonie Gwiezdnych wojen, Zemsta Salazara serwuje sporo tego, co poznaliśmy w poprzednich częściach. Tym razem fabularne zamieszanie kręci się dokoła pirackich legend oraz mitycznego Trójzębu Posejdona, który jest zdolny zdjąć wszelkie morskie klątwy. Piraci wchodzą w posiadanie mapy prowadzącej do słynnego skarbu i rozpoczyna się kolejna walka pomiędzy Jackiem Sparrowem, Barbossą, brytyjską flotą oraz nowym dodatkiem do sporów na środku oceanu – nieumarłym Kapitanem Salazarem ścigającym Johnny’ego Deppa zza grobu.

Tak też panowie ganiają się po morzu, piją przesadne ilości rumu i wygrażają sobie palcem, obiecując zemstę. Pod tym względem dostaliśmy dokładnie to, co fani serii mogą kojarzyć ze swoich ulubionych filmów. Odświeżeniem pokroju Rey i Finna jest tu duet Henry’ego oraz Cariny. Syn pirata uważający za swoją życiową misję uratowanie ojca od klątwy stanowi wyjątkowo słaby dodatek. Uroczy niczym gwiazdy Disney Channel chłopak nie wnosi do filmu zupełnie nic oryginalnego.

Z kolei grana przez Kayę Scodelario postać jest zaskakującym odświeżeniem w całej serii. Inteligentna dziewczyna po rodzicach pamięta wyłącznie notes, który trzyma w ręku. W mieście nazywają ją czarownicą i nieustannie próbują skrócić jej życie, a w praktyce trzyma wiedzę, jakiej nie posiadła większość tamtejszych uczonych. Z pozoru nie pasuje do pirackiego życia, ale celowo staje się jego częścią, żeby dokończyć pracę swojego ojca. Chodząca z głową w chmurach Carina jest jedynym zadowalającym wątkiem w nowych Piratach z Karaibów. Klątwa, szukanie Trójzębu i wzdychanie nad swoją rodziną przejadło się już lata temu.

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to ukłon, przede wszystkim, w stronę najbardziej wytrwałych fanów serii. Docieramy do przedstawionego świata na długie lata po ostatnich podbojach. Jack Sparrow dalej trzyma w ręku flaszkę rumu, Barbossa dominuje na oceanie, a na pierwszy plan powoli przedziera się nowe pokolenie. Udało się zebrać w jednym miejscu dosłownie całą obsadę pierwszej części i wymęczyć ją przez kolejny film pozbawiony pomysłu. Żarty są tak samo nieśmieszne, a Sparrow powoli zaczyna przypominać karykaturę samego siebie. Ciężko się dziwić, że twórcy szukają mu jakiegoś zadania w nowej części, ale Zemsta Salazara mogłaby spokojnie funkcjonować bez jego pijackich dowcipów i potykania się o własne nogi.

Oczywiście kwestia fabularna dalej pozostaje jedynie wymówką dla morskich potyczek, dwóch godzin spędzonych na wodzie i widowiskowych walk. Ciekawsze wątki są natychmiast urywane, fabularne zwroty zostają zapowiedziane na pół godziny przed faktem, a jedyną zmianą względem pozostałych reprezentantów serii jest zepchnięty na drugi plan Jack Sparrow, który okazjonalnie marnym dowcipem przypomina o swoim istnieniu.

Na szczęście pozostaje aspekt wizualny Piratów z Karaibów, który nie zmienił się ani trochę. Imponujące efekty charakterystyczne dla poprzedników przeniosły się w czasie, dostosowały do współczesnych możliwości i po raz kolejny serwują przyjemny dla oka seans. Scenariuszowi zabrakło odwagi, a dwójka norweskich reżyserów nie mogła zrobić nic mądrego z pracą mężczyzny odpowiedzialnego za równie niepotrzebne filmy pokroju Speeda 2.

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to w rezultacie kolejny akcyjniak, który może posłużyć za rozrywkę po wyłączeniu myślenia. Wierni fani serii powinni odnaleźć się w tym swego rodzaju powrocie do przeszłości i cieszyć na widok niektórych bohaterów nieobecnych przez kilkanaście lat. Niezaznajomieni z Piratami mogą nie zrozumieć części wzruszeń, ale na pewno docenią warstwę wizualną. Oko powinno nie raz zabłysnąć podczas morskich pojedynków.

Ocena: 5/10

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara recenzja recenzja filmowa