Publicystyka Tomek Alicki
29.01.2017
Recenzja: Resident Evil: Ostatni Rozdział
Recenzja: Resident Evil: Ostatni Rozdział

Filmowa seria Resident Evil wreszcie dobiega końca. Paul W.S. Anderson prezentuje swoje zwieńczenie całości, a Milla Jovovich przechodzi na długo wyczekiwaną emeryturę. Minęło prawie 15 lat od premiery pierwszej części i wszyscy zaznajomieni z serią wiedzą już chyba, czego się spodziewać. Pytanie tylko, czy było źle czy może jeszcze gorzej…

Resident Evil: Ostatni rozdział to jeden z tych filmów, w którym najchętniej by nie mówiono słowa o fabule, gdyby nie musiano. Anderson kolejny raz włożyłby broń w ręce głównych bohaterów i kazał w wymyślny sposób zabijać zombie. Niestety w tych okrutnych czasach trzeba stworzyć chociaż prowizoryczny powód całego zamieszania, więc zostajemy nakarmieni prostą historią o ratowaniu świata.

Alice dowiaduje się o sposobie na wybawienie ludzkości od przyczyny apokalipsy - Wirusa T. Antidotum znajduje się jednak w Ulu, czyli silnie strzeżonym laboratorium korporacji Umbrella. Zadaniem głównej bohaterki jest przedostanie się do środka i wykradnięcie tajemniczej substancji. Oczywiście, jak to zwykle bywa, na plecach siedzi nam czarny charakter, a zza każdego rogu wyskakują przerażające, zmutowane stworzenia.

Reżyser momentami próbował nawet stworzyć pozory czegoś bardziej ambitnego. Najpierw ciężka muzyka i mocny wydźwięk na słowo “ostatni”, a potem próba dodania niepotrzebnej idei do całej historii. Nie ma jednak powodu, żeby winić Andersona za tych kilka minut, bo przecież chodzi o akcję. Akcję, której w Ostatnim rozdziale jest mnóstwo.

Cały film jest praktycznie jedną wielką sceną finałową. Każda kolejna minuta filmu, każde zbliżenie na twarz głównej bohaterki i wszystkie te teksty pokroju “Do dzieła!” albo “Zabijmy ich wszystkich!” przypominają nam, że to właśnie teraz ma swój koniec seria Resident Evil. Ostatni rozdział składa się w rezultacie z długich scen akcji poprzeplatanych kilkoma minutami wyjaśnień i przygotowań do kolejnej potyczki.

Niestety nawet ten jedyny aspekt filmu, z którego widzowie mogliby czerpać przyjemność, został popsuty fatalnym montażem. Tak jak czasami montaż jest elementem, który miejscami irytuje, ale nie przeszkadza mocno w odbiorze, tak w tym przypadku chce się po prostu wyjść z kina. Każda scena akcji jest pełna tylu cięć, że nie tylko zaczynają boleć oczy, ale po chwili widz zapomina nawet, kto bierze udział w trwającej walce.

Kilka dni temu pokazywaliśmy promujący Resident Evil: Ostatni rozdział fragment, gdzie główna bohaterka walczy ze swoim wrogiem na dachu jadącego pojazdu. Zamiast skupić się na prędkości, widowiskowych unikach i wciąganiu się na pojazd ostatnim tchnieniem, dostajemy pełną absurdalnych zbliżeń prezentację z Power Pointa. Wszystko po to, żeby zbudować jakąś dynamikę. W rezultacie nie widać ani dynamiki, ani niczego innego, co dzieje się dokoła.

Montaż można więc uznać za to, co zadało śmiertelny cios filmowi, bowiem jeżeli akcja nie przynosi satysfakcji i uciechy, to nic innego tego nie zrobi. Anderson ewidentnie nie planował poświęcać cennego czasu na rozwijanie fabuły czy kreowanie postaci. Bohaterowie drugoplanowi sprawiają tu raczej wrażenie statystów będących pretekstem dla włożenia w usta Alice kilku kolejnych zdań pokroju “Zostawcie go, już po nim.”.

Wchodząc do kina, miałem nadzieję, że będę mógł chociaż napisać o spełnieniu oczekiwań fanów, którzy z przyjemnością oglądali poprzednie części. Film jednak dosyć skutecznie sprowadził mnie na ziemię. Pozostaje jedynie cieszyć się kilkoma dużymi wybuchami i wielką hordą zombie, modląc się o to, że to już naprawdę koniec... albo po prostu zagrać Resident Evil 7, które zdaje się robić doskonale to, na co Anderson nawet nie wpadł.

OCENA: 2

film recenzja filmowa resident evil: ostatni rozdział resident evil: the final chapter