4680V

Czy granie dla trofeów ma w ogóle sens?

Podoba ci się tekst?
Podziel się nim!

Deweloperzy coraz częściej napychają swoje gry różną dodatkową zawartością – raz lepszą, raz gorszą. Od tony znajdziek, przez zadania poboczne, po trofea, które bywają interesujące, ale czasami są po prostu durne. Co jednak, gdy prawie za każdym razem czujemy potrzebę sprawdzenia każdej ściany, a nawet zdobycia platyny… która ostatecznie okazuje się zwyczajnie bezsensowna

Zauważyłem, że część z nas ma taką przypadłość, że jeśli podoba nam się jakaś gra, to chcemy po jej przejściu czuć, że zrobiliśmy praktycznie wszystko. Gdzie jest problem? Otóż często pod hasłem „praktycznie wszystko” kryją się możliwie najdurniejsze aktywności oraz trofea, pośród których prym wiedzie między innymi Wiedźmin 3: Dziki Gon (PS4) ze swoimi trofeami pokroju „zabij 50 osób strzałem z kuszy w głowę”. Oczywiście możemy tego nie robić, nikt nas przecież do tego nie zmusza, ale ten tekst jest właśnie skierowany do osób z kompulsywną potrzebą zbieractwa. Bo jak sobie z tym radzimy?

Pierwsze przejście gry, jeśli jest długa, często jest dla mnie „speedrunem”. Celowo użyłem cudzysłowu, gdyż w rzeczywistości kryje się pod tym podążanie przede wszystkim wątkiem głównym danego tytułu, aby tylko go ukończyć. Owszem, wykonuję też zadania poboczne, ale nie liżę każdej ściany, nie zaglądam w każdy kąt, bo w ten sposób nawet The Order 1886 (PS4) można rozciągnąć do niebotycznych rozmiarów. To zostawiam sobie na drugie przejście, często zresztą z jakimś poradnikiem wideo, aby niczego nie ominąć.

Problem zaczyna się, gdy w końcu po kilkudziesięciu godzinach wiem, że zebrałem praktycznie wszystko, odblokowałem każde możliwe zakończenie – zwyczajnie czuję, że zrobiłem wszystko, co się dało, wycisnąłem grę do maksimum. I zerkam na listę trofeów, oczekując ujrzenia na niej platynowego pucharka, który po prostu przegapiłem… a widzę w połowie pustą listę. Ujrzenie czegoś takiego zmusza do zastanowienia się, bo pojawiają się rozważania, czy z nami coś jest nie tak czy też trofea danej gry są po prostu głupie.

Ale wszyscy wiemy, o co tutaj chodzi – o fikcyjne poczucie samozadowolenia/spełnienia. Bo nie ma nic złego w byciu dumnym z siebie, gdy zrobimy coś, co rzeczywiście wymaga jakichś umiejętności. Coraz częściej w grach – w szczególności AAA – można jednak odnieść wrażenie, że trofea są zapchajdziurami mającymi na siłę wydłużyć czas spędzony z tytułem. W takich momentach czuję się trochę oszukany, bo nawet jeśli trofea nie są kompletnie durne, to ich pozyskanie rzadko jest jakimś osiągnięciem, a częściej zwyczajnym marnowaniem mojego czasu. Nie oczekuję w żadnym wypadku natychmiastowej gratyfikacji, ale skoro twórcy poświęcili 2-3 lata na produkcję, to nie mogliby poświęcić przynajmniej kilku godzin trofeom?

Weźmy na przykład The Last Guardian (PS4), gdzie jedno z trofeów nakazuje, aby Trico włożył głowę w każdy otwór. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, a sama czynność wbrew pozorom jest urocza, to nie rozumiem, w jaki sposób rozszerza to moje doświadczenia z rozgrywki. Bo chęć pozyskania tego trofeum marnuje mój czas, gdyż nie ma w tym jakiejkolwiek przyjemności.

Takich przykładów można wymienić multum, a wierzę, że nie muszę tego robić. Jeśli sami czujecie potrzebę przechodzenia dokładnie gier, to sami z pewnością jesteście w stanie wymienić masę przypadków, gdy z racjonalnego punktu widzenia zrobiliście w grze absolutnie wszystko, ale ostatecznie porzuciliście starania o platynę, gdy okazało się, że część pucharków jest absolutnym marnotrawieniem czasu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to celowe działanie mające zademonstrować wytrwałość… ale wytrwałość w czym? W tym, jak w kółko jesteśmy w stanie powtarzać nudną czynność? Nie sądzę, że jest to rzecz godna podziwu. Patrząc na 0,5% przy platynowym pucharku The Last Guardian (PS4), raczej zastanawiam się nad tym, dlaczego ktoś w ogóle chciał zrobić coś takiego.

Oczywiście są platyny i „platyny”. Niektóre wymagają naprawdę konkretnych umiejętności, aby je pozyskać i takie coś rzeczywiście budzi podziw, a przynajmniej powoduje, że możemy powiedzieć, iż przeszliśmy grę na 100% i wiemy o niej wszystko. Mam wrażenie, że przodują w tym gry From Software, bo wyplatynowanie Bloodborne’a wymaga przede wszystkim znajomości gry, ale nie powiem, żebym się przy tym nudził. Zdarzały się jednak w innych grach pucharki, w trakcie pozyskiwania których czułem się zwyczajnie jak kretyn, tracąc czas na nużącą, niewymagającą żadnych umiejętności robotę. Czasami mam wrażenie, że można pod to podczepić znaczną część znajdziek, ale to dość kontrowersyjny temat.

Co w przypadku, gdy w końcu po kilku/kilkunastu godzinach jakiejś nudnej aktywności – a takich w grach nie brakuje – pozyskamy swój upragniony pucharek? W moim wypadku na pewno jest to chwilowy dreszczyk, ale szybko zostaje przytłumiony przez przygnębienie, bo przecież zdobycie danego trofeum nie wymagało ode mnie umiejętności lub znajomości gry. Nie, wymagało ode mnie po prostu nużącego siedzenia przy nużącej czynności. Nie czuję z tego satysfakcji, a raczej bezsensowność całej sytuacji.

Ostatecznie zrezygnowałem ze zdobywania pucharków, chociaż robię czasem wyjątek, jeśli czuję, że ich pozyskanie jest czymś innym niż próbą cierpliwości lub czymś zrobionym na odwal. Niestety, obserwując listy trofeów gier, w której ostatnio grałem, zauważyłem, że w niewielu tytułach są one przemyślane. Staram się przejść grę na 100%, zobaczyć w niej wszystko, co się dało, zebrać każdy przedmiot, ale potem odpuszczam. O trofeach z gier wieloosobowych nawet nie wspominam, bo pół biedy, że są – w ich przypadku częściej się martwię, że albo wyłączą mi serwery, albo zabraknie graczy, by je pozyskać, gdy za pół roku zechcę ponownie przejść dany tytuł.


Daniel „Jaszczomb” Stroński

Dorzucę swoje trzy grosze. Z kilkudziesięcioma platynami na koncie, nie raz robiłem żmudne, a nawet absurdalne rzeczy. Przejść pierwsze Darksiders na 100% to nie sztuka, ale ostatnie trofeum wymagające przejechania 100 mil na koniu (po zaliczeniu wszystkiego wciąż miałem niecałą połowę) spowodowało, że sięgnąłem porad z Sieci, założyłem gumkę na pada i zostawiłem tak jadącego w kółko Wojnę na kilka godzin. Zbyt blisko było do platyny, żeby tak to zostawić. Czy czyni to ze mnie tzw. trophy whore? Może i tak. Nigdy jednak nie sugerowałem się wyborem gry wyłącznie z uwagi na łatwe trofea i nie mam na koncie osławionych Terminator Salvation (PS3) czy Hannah Montana The Movie (PS3).

Lista trofeów powinna przede wszystkim zmuszać gracza to zobaczenia wszystkiego, co zaoferowali twórcy. Nie zgodzę się tu z Andrzejem, że „zabij X wrogów z danej broni” jest marnowaniem czasu. Ktoś zaprojektował te bronie i balansował ich siłę właśnie po to, żeby gracze z nich korzystali. Być może te kilkadziesiąt zabójstw sprawi, że przekonam się do nowego narzędzia mordu – i to jest przykład dobrze zrobionego trofea. „Wykonaj zadanie zlecane przez Stefana” – nie wiedziałem nawet, że ta postać ma dla mnie misję! „Odkryj hołd dla naszej poprzedniej gry” – i miałbym przegapić easter-egga dotyczącego Far Cry® 3: Blood Dragon (PS3) w Far Cry 4 (PS4)?! Tak mi właśnie róbcie! Kierujcie na to, co mógłbym przegapić!

Są też znajdźki. Szczególnie w sandboksach trzeba mieć naprawdę nieludzką cierpliwość i spostrzegawczość oraz masę wolnego czasu, żeby samemu ustrzelić wszystkie gołębie na ulicach Liberty City czy pozbierać cokolwiek z serii z asasynami. No i sięgam po mapki do Internetu, odznaczam zebrane popierdółki, ale wszystko to bez większego poczucia bezsensu – nie marnuje czasu, tylko zwiedzam świat gry. Nie po to deweloper tworzył to ogromne miasto czy kontynent, żebyśmy ominęli jego 80-90%, ograniczając się do lokacji powiązanych z misjami głównego wątku. A jak dostanę za to jakiś nowy strój czy broń – nawet lepiej. Co z tego, że to zbieractwo i tak każdy zostawia sobie na koniec, a po zdobyciu wszystkiego, najczęściej kończy z danym tytułem. Tak, założę ten super-najlepszy-miecz za wszystkie znajdźki na jakieś pięć sekund, tylko żeby zobaczyć, jak wygląda – ale co zwiedziłem, to moje! Rozrywką samą w sobie są poszukiwania wraz z eksploracją okolicznych miejscówek.

Zgodzę się jednak z Andrzejem co do sieciowych trofeów, które wymuszają granie zaraz po premierze, żeby trafić na pełne serwery (o ile te jeszcze w ogóle działają), ale też szanuje te nakazujące jedynie wypróbować online’owe tryby. „Rozegraj partię w każdym z trybów” – no i tak to powinno wyglądać. „Wygraj 10 razy w trybie X” – okej, akceptuje. „Wyeliminuj 1,000 przeciwników w multiplayerze” – sorry, Eagle Flight (PS4), nawet jakbym chciał, to Wasze serwery świecą pustkami od premiery. Deweloperzy, proszę Was, mierzcie siły na zamiary.

Czy czuje, że coś osiągnąłem, jeśli nagrodzono mnie za samo spróbowanie multiplayera? Czy jestem dumny z powodu zebrania wszystkich flag i piórek w Assassin's Creed II™ (PS3), chociaż leciałem według oznaczonych mapek ze zdjęciami wskazującymi ich miejsce? Nie, ale też nie należy słowa „trofeum” traktować dosłownie. To bardziej takie zdjęcia w albumie, dzięki którym mogę sobie przypomnieć, co kiedyś robiłem w danej grze. Odznaki harcerskie za sprawności, pokazujące wszystkim dokoła, ile już mam za sobą. Niektóre może i wywołają u kogoś podziw z tego czy innego powodu, ale jest to przede wszystkim coś dla mnie. Bo myślę, że nie tylko ja lubię wchodzić do zakładami z pucharkami i wspominać ukończone wcześniej gry. Zresztą teraz każde zdobyte trofeum na PS4 wiąże się z przypisanym do niego zrzutem ekranu. Mój własny album z trofeami.

Cykle

Publicystyka Ranker Retrogranie Perły poprzedniej generacji Felieton Tanioszka Cyfraki

Reklama



Trofea Baboon!

Baboon!
  • Platyna 0
  • Platyna 1
  • Platyna 3
  • Platyna 8
  • | Razem: 12

Reklama

Miesięcznik PSX Extreme

Najnowsze w Bazie gier

zamknij [x]
Informujemy, że strona www.pssite.com korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. W każdym czasie możesz określić w swojej przeglądarce warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies.