Publicystyka Paweł Musiolik
05.08.2014
Felieton: Gracz jako trybik machiny marketingowej
Felieton: Gracz jako trybik machiny marketingowej

W dzisiejszych czasach ciężko uciec od jakiejkolwiek formy marketingu i reklamy. Te dwa aspekty powiązane z każdym biznesem weszły w nasze życie z butami tak głęboko, że w większości przypadków sami stajemy się jednym z elementów całej machiny marketingowej. I nie mówię tutaj o serwisach, a o graczach, którzy często są tego nieświadomi. Co gorsza dla nas, wydawca jest w stanie z wszystkiego zrobić narzędzie reklamy, na które mimowolnie łapią się ludzie.

Najczęściej, gdy poruszany jest temat reklamowania i przekraczania jakichś luźno ustalanych norm, palcami pokazuje się w kierunku mediów zajmujących się grami. Oczywiście skądś to się musiało wziąć i nie jest tak, że wszyscy są nieskazitelni czyści i bez skazy. Tak zwana afera Gerstmanna (ramka) odbiła się szerokim echem pokazując, że czasami wydawcy serwisów mogą być na tyle bezczelni, że chcą wpływać na ocenę reklamowanej gry.

Na szczęście takich afer jest niewiele (albo o nich nie słyszymy) i wynikają z prostego faktu – główne źródło reklam to branża gier. Więc nic dziwnego, że czytelnicy są podejrzliwi. Ale wydawcy gier nie są głupi i szybko przekierowali swoją ofensywę marketingową na inne jednostki w branży.

Pierwszym wyborem byli rosnący w siłę i popularność YouTuberzy. W czasach, gdy serwisy był oskarżane o branie łapówek za dobre oceny gier, kolejni twórcy na platformie Google wybijali się głównie jako opozycja od „sprzedajnych mediów”. Prawdziwa, szczera i niesprzedajna opinia o grach i branży. Tak, z początku to funkcjonowało, jednak gdy pojawiły się oferty od wydawców by wziąć udział w akcjach marketingowych lub szepnąć dobrym słowem za kasę – mało kto zaprotestował. I nie byłoby w tym nic gorszącego gdyby nie pewien fakt – rzadko kiedy informowano o tym widzów. Ci nadal żyli w przeświadczeniu, że dana osoba chwali grę, bo ta jest fajna. Dopiero jakiś czas temu, chyba za sprawą Total Biscuita, postanowiono wprowadzić transparentność w działaniu na YT. Przynajmniej ci najwięksi próbują być uczciwi i nie robić tajemnicy z tego, że zarabiają na umowach z wydawcami. Jednak po co bawić się z pośrednikami skoro można uderzać bezpośrednio do gracza?

Mnóstwo osób było oburzonych, że pierwsza znacząca rozbudowa funkcjonalności PS4 dotyczyła opcji transmitowania rozgrywki i dzielenia się materiałami. Cóż, jeśli niskim kosztem można coś zareklamować, to dlaczego z tego nie skorzystać? Transmisje sieciowe i udostępnianie zrzutów z gier w serwisach społecznościowych ma służyć jednemu – zachęceniu potencjalnych zainteresowanych do kupna konsoli i/lub gry. Odpowiedzcie sobie sami – czy udostępniając jakieś materiały z gier zagadał do Was znajomy z pytaniem „co to za gra”? Założę się, że w większości przypadków przynajmniej raz się tak stało.

I napiszę coś, co wielu może zaskoczyć – ale ja w tym nie widzę nic złego. Nie od dziś wiadomo, że zdecydowana większość ludzi nie do końca orientuje się w otaczającym ich świecie. Dlatego tak ochoczo wszyscy sięgają po kolejne wersje beta gier, które z prawdziwą betą mają niewiele wspólnego. Skąd o tym wiem? Widziałem to po Destiny (PS4). Dostaliśmy stabilny kawałek gry. Coś, co kiedyś funkcjonowałoby jako demo, teraz sprzedaje się nam jako testy, dzięki którym możemy spróbować wcześniej gry i mieć na nią (vide Battlefield: Hardline (PS4)) jakiś wpływ. A chodzi wyłącznie o to, by niezdecydowany gracz zagrał i w przypływie zachwytu zaklepał preordera, za którego niech najlepiej od razu zapłaci. Kilka lat temu testy wyglądały inaczej. Byłem członkiem wąskiej grupy testerów wylosowanych przez Sony. Moim pierwszym „projektem”, w którego testach brałem udział, było „Girl with a Stick”, czyli bety Resistance 2™ (PS3).

Testy odbywały się w zamkniętym gronie z nałożoną klauzulą poufności, a każdy gracz musiał składać raporty z testów. W innym przypadku – wylatywał. I wtedy każda uwaga miała przełożenie na efekt końcowy. Powiedzieć tyle, że beta znacznie różniła się od sklepowej wersji to mało. To była kompletnie inna gra. Czy lepsza? Na pewno było jej bliżej do Resistance: Fall of Man (PS3). Kolejne gry, kolejne testy – wszystko w identycznym schemacie.

Co z tym fantem zrobić? Nic. No, można to zaakceptować i przejść do porządku dziennego. Można stanąć okoniem i nie składać preorderów lub robić to wyłącznie na edycje kolekcjonerskie, które z reguły szybko osiągają wyższe niż na premierze ceny. Mógłbym napisać, że gracze mogą się postawić, ale nie jestem naiwny. Schemat byłby ten sam jak w przypadku każdego tasiemca – zapowiedź kolejnej odsłony, krzyki i płacz graczy, że są okradani, a później wszyscy potulnie biegną do sklepu po kolejnego CoD-leta, kupują co rok gry sportowe, następnego Asasyna czy jakąkolwiek rok w rok odgrzewaną serię. Ja szczerze powiedziawszy dawno przestałem wierzyć w możliwość zmiany trendów w branży gdy decydują masy dające się sterować jak owieczki. A czasami taką owieczką jest każdy z nas.

beta destiny felieton preordery publicystyka