Publicystyka Mateusz Greloch
03.08.2014
Felieton: Ciągle nam mało, wiecznie nam źle
Felieton: Ciągle nam mało, wiecznie nam źle

Mówi się, że w naturę Polaka wpisane jest narzekanie i bycie wiecznie niezadowolonym, podkreślanie, że ciągle nam mało i mało. Nie mogę się zgodzić z tym, że jest to przywara wyłącznie polska, bowiem z podobnymi zachowaniami spotykałem się podczas obcowania z przedstawicielami wielu nacji. Czytając komentarze pod wpisami z ostatniego tygodnia i dodając do tego widziane gdzieniegdzie wypowiedzi z facebooka, zrobiło mi się smutno.

W dzisiejszym felietonie chciałbym przybliżyć dwie sytuacje, które pomimo, że nie są ze sobą ściśle powiązane, to dobitnie obrazują wyżej przedstawiony problem. Proszę wziąć pod uwagę, że tekst tyczy się wybranej grupki społeczności, z którą spotkałem się w ciągu minionego tygodnia.

Pierwsza z nich wydarzyła się na facebooku i nawet nie dotyczy PlayStation. Wszystko zaczęło się od podania przez Microsoft oferty na wprowadzenie Xboxa One do Polski. Konsola z padem, headsetem i dwoma grami została wyceniona na 1699 zł. W zestawie dostajemy FIFĘ 15 i Forzę 5 i to właśnie stało się zapalnikiem niewybrednych komentarzy pod adresem sklepów, Microsoftu i samego sprzętu, czego już totalnie nie rozumiem. Microsoft postarał się, by każdy, kto kupi najtańszy zestaw miał w co grać i może wybór tytułów nie każdemu pasuje, to chyba powinniśmy docenić gest? Uczono mnie, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale najwidoczniej niektórzy myślą inaczej. Zdaniem komentujących ten wpis, stosując nie wiadomo jak pokręconą logikę – gdyby Microsoft odjął z zestawu obie gry [które nota bene dostajemy w cenie konsoli], to za sam sprzęt moglibyśmy zapłacić 4 stówki mniej. Sama cena 1699 nie wydaje mi się złą ceną, bo za taką samą kupowałem na premierze PlayStation 4 i nie narzekałem. Wtedy dostawałem jedynie to, co skapnęło Sony w Plusie, a lepsze gierki i tak musiałem kupować samemu. FIFA 15 i Forza 5 nie wydają mi się popierdółkami, więc tym bardziej nie rozumiem narzekania. Przedsiębiorczy gracze będą nawet w stanie odsprzedać kody na gry dodawane do konsol, ale takich jak oni będą dziesiątki innych i cena poleci na łeb na szyję. Wróćmy jednak do pokrętnej logiki. Zastosujmy ją do wybranego przykładu i sprawdźmy jej prawdopodobieństwo.

Brutalna prawda – po odjęciu z zestawu dwóch gier Microsoft wcale nie obniżyłby ceny zestawu. To, że kopnął nas taki zaszczyt miało być zadośćuczynieniem za obsuwę premiery konsoli w naszym pięknym kraju. Kręcimy nosem, zamiast cieszyć się, że dostajemy coś na start i nie musimy wydawać dodatkowej kasy, jak w przypadku wprowadzania PS4 do Polski. Ok, Resogun (PS4) był bardzo ok, ale ileż można na tym ciągnąć? Po sobie widziałem, że profilaktycznie zamawiałem Killzone: Shadow Fall (PS4), byleby tylko nie zostać z pustymi rękoma. Ilu takich jak ja brało co najmniej 1 grę na start? Ilu było takich, którzy wydawali około 400 zł na dwie gry? W rozrachunku Xbox One z FIFA 15 i Forza 5 za 1699 i PS4 z plusową ofertą za tę samą cenę, logika podpowiada jedno – bardziej opłacalny i pozwalający na dłuższą zabawę zestaw oferuje Microsoft. Odejmijmy teraz dwie gry dołączane do Xboxa i jak wygląda bilans? Która konsola wydaje się być atrakcyjniejsza? Ktoś z Was powie hola! A co z PS Plusem? Przecież żeby dostać gierki na start od Sony, również musimy zapłacić za abonament! Zgoda. Odejmujemy PS Plus. Dostajemy dwie gołe konsole za 1699 zł – szanse wyrównane? To teraz powiem Wam, że nasze wyliczenia były na marne, bo gołego Xboxa nie dostaniemy. Najtańsza opcja dostępna w naszym kraju to tylko i wyłącznie 1699 zł z dwoma grami, czy nam się to podoba czy nie, a wiara w to, że bez tych gier dalibyśmy mniej jest po prostu naiwnością. Niestety wielu, przede wszystkim młodych, użytkowników nie zdaje sobie sprawy z tego jak działa marketingowa maszyna i z tego, że walka o klienta zaczyna się od pierwszych sekund reklamowania produktu. Nie w czasie, kiedy ten trafia na półki, ale zdecydowanie wcześniej. 

Wspomniałem też o drugiej sytuacji, która choć niezwiązana z powyższą, również dobitnie pokazała mi, że zamiast chłodnej analizy, niektórzy rwą się do rzucania kamieni zanim faktycznie sprawdzą grę w akcji. Mowa tutaj o Destiny (PS4), które w końcu odkryło przed graczami karty jeśli chodzi o ilość i rodzaje dostępnych w grze misji. Po zobaczeniu, że czekają na nas 32 misje fabularne, gracze chwytali za widły. Po szybkim ograniu alfy i bety i zakładając tempo z tamtejszych misji, gracze na szybko obliczyli, że przejście kampanii dla pojedynczego gracza zajmie im około 8 godzin. Owszem, jeśli ktoś kupuje Destiny (PS4) wyłącznie dla tego trybu, to może poczuć się nieswojo, ale spójrzmy prawdzie w oczy – kampania w Destiny będzie zaledwie zalążkiem tego, co przyjdzie nam tam robić i dopiero w trybach sieciowych – współpracy w Strike’ach i rywalizacji w PvP – nabierze rumieńców. Ile czasu spędzimy na kooperacyjnych wypadach? Jeden Strike podczas testów mógł trwać nawet godzinę. W pełnej wersji dostaniemy ich 23, co przy prostej kalkulacji da nam plus minus 23 godziny. Dodajmy do tego PvP, rozłożone na parę trybów, które już dziś zebrało grono zwolenników. W ten sposób możemy dołożyć dodatkowe kilkadziesiąt godzin. Jeśli ktoś nie trawi strzelania do innych graczy i interesuje go wyłącznie gra ze znajomymi lub ścieżka fabularna, to szybko sumując kampanię i Strike’i wychodzi nam ponad 30 godzin czystej rozgrywki. Za grę, która na PS4 kosztuje 209 zł w dniu premiery. Mało?

Dla niektórych to wciąż krótko, choć na krótsze gry typowo singlowe wydają lekką ręką tę samą kwotę i kończąc je w 7-10 godzin. Rozumiem, że Destiny (PS4) nie jest dla każdego – są ludzie nie trawiący shooterów, erpegów, gier z elementami sci-fi, kooperacji lub nawet samego PvP i choćby nie wiem jak dobrą grą było – nie przekonamy ich do spróbowania – szanuję takich ludzi i nie zamierzam do niczego namawiać. Logicznie podliczając, zawartości i tak jest więcej, niż w niejednej grze, która dzisiaj wychodzi, ale dla nas to i tak mało. Ciągle mało. Przecież można było więcej prawda? Przecież Destiny (PS4) mogło nie ograniczać się tylko do Układu Słonecznego, ale zabrać nas znacznie dalej prawda? Prawda – mogło, ale twórcy nigdy nie obiecywali więcej. Fantazja graczy rozpędziła się własnymi siłami, oczekiwania wzrosły, a po zderzeniu z brutalną prawdą i tym, co Bungie mówiło od początku nie spodobało się tym, którzy sami się niepotrzebnie nakręcili. I tak, rozumiem też to, że pewnie więcej planet pojawi się w DLC, a samo Bungie będzie miało zamiar zarabiać na Destiny jeszcze przez parę lat – ich prawo, nie mogę im tego zabronić. Tak samo jak nie mogę zabronić komuś jarania się lub niewzruszania ramionami, kiedy ktoś tylko wspomni o nowej grze twórców Halo.

Co jest nie tak? Gdzie podziała się logika i chłodna kalkulacja? Czy naprawdę ciągle nam mało i chcemy więcej, taniej lub najlepiej za darmo? Dlaczego musimy ciągle narzekać, zamiast cieszyć się tym, co mamy i tym, co dostajemy? Skąd taka mentalność? Powodów może być wiele, niektóre zachowania zostały nam wpojone przez rodziców, pamiętających czasy, kiedy na półkach stał tylko ocet. W innych sytuacjach działa po prostu chciwość lub chęć zaoszczędzenia ciężko zarobionych pieniędzy. Jeszcze inni przedkładają sobie nad wszystko stosunek ceny do jakości [w tym przypadku można się nawet pokusić o równanie, gdzie jakość=długość rozgrywki, co nie zawsze jest prawdą]. Moja rada? Spojrzeć na problem z szerszej perspektywy, nie godzić się na jawne nadużycia producentów, dostrzegać prawdziwie opłacalne promocje, tępić przejawy pokrętnej logiki wydawców i głosować portfelem tam, gdzie czujemy się niekomfortowo. Myśleć.

destiny felieton publicystyka xbox one