Wyleciało mi z głowy kALWa888
04.02.2017, 18:05
Weekendowe Granie #157
Prototype w bazie gier
Weekendowe Granie #157
Znów pojawiam się lekko spóźniony i tak jak widać na okładce, gram w średniaka!

The Legend of Zelda: Ocarina of Time na Nintendo 64 w sumie na razie idzie w odstawkę. Sam nie wiem dlaczego. Pewnie przez tego pada, na którym gra mi się trochę niewygodnie. Nie dlatego, że jego konstrukcja jest źle przemyślana – po prostu lewy drążek analogowy jest uszkodzony i nie działa najlepiej. Nie dowiecie się więc jak radzi sobie młodzieniec o blond włosach. Na pewno niebawem powrócę do tej produkcji, bo zależy mi na ukończeniu jej, no ale przecież przyszło Kingdom Hearts HD 2.8 Final Chapter (PS4), w którym chcę mieć wszystkie trofea.

I jak zwykle uparłem się na Critical, mimo iż platyna w Kingdom Hearts Dream Drop Distance HD (PS4) nie wymaga ukończenia gry na żadnym konkretnym poziomie trudności. Mogę się też mylić, bo z czasem może się okazać, że jednak skompletowanie wszystkich wpisów w dzienniku wymaga przejścia gry na Critical. O samej grze rozpisałem się już w recenzji, więc skupię się na swoich odczuciach co do zwiększonej trudności i trudnej końcówki gry, która już na Standard doprowadziła mnie do białej gorączki. Wszystko dlatego, że nie do końca ogarniałem to jak zdobywa się umiejętności. Tzn, niby wiedziałem ale nie przywiązałem do tego wystarczająco uwagi i w ostatniej walce zabrakło mi jednej ważniej umiejętności jaką jest Once More (coś co pozwoli postaci przeżyć nawet po otrzymaniu większej ilości obrażeń niż jej ilość punktów HP) – bez niej Riku miał po prostu przechlapane, bo przeciwnicy mieli takie ataki, że wystarczyła jedna kombinacja i musiałem powtarzać całą walkę od początku. Niby mógłbym się wrócić i trochę zwiększyć siłę postaci, ale trzeba było napisać recenzję i nie było czasu na takie pierdoły. Ostatecznie dałem radę. Zapis z tych walk mam na dysku PS4, więc w niedalekiej przyszłości wrzucę to na swój kanał YouTube. Może komuś się to przyda, bo będzie w podobnej sytuacji co ja. Kiedy szukałem jakiegoś rozwiązania, trafiałem na same filmiki gdzie bohaterowie byli mocno rozwinięci i w sumie autorzy tych filmików wygrywali dzięki wielkiej sile i wytrzymałości – czyli tak jak każdy by potrafił. Teraz zacząłem grę na Critical, jestem w trzecim świecie i przyznam że jest łatwiej niż się spodziewałem. Aczkolwiek trudności oczywiście mam, szczególnie z bossami. Grunt to cierpliwość i uczenie się ich ataków na pamięć. No i zauważyłem, że łatwiej przychodzi tu blokowanie ataków aniżeli unikanie ich. Kiedy zaś trafiłem do świata nawiązującego do Tron: Dziedzictwo (2010) miałem zagwozdkę jako Riku. Sora ma zdecydowanie łatwiejszy początek, bo opiera się na standardowej walce. Po stronie Riku zaczynamy od jazdy na motorze i jednoczesną walką z przeciwnikami, a później z mniejszym bossem. O ile ze zwykłymi przeciwnikami jakoś sobie radziłem, tak boss jak tylko się pojawiał od razu mnie ubijał. Po kilku tak bezowocnych próbach po prostu wyłączyłem grę, bo straciłem cierpliwość. Za godzinę jednak znów ją uruchomiłem i okazało się, że wystarczy… podskakiwać.

W ten sposób można uniknąć większości ataków. Wrzuciłem sobie zapis z tej walki na kanał, więc możecie go sprawdzić. Teraz wygląda na łatwą, ale tak jest z większością walk – jeśli znajdziemy na nie sposób i nauczymy się go, okazują się całkiem prosta. Choć mimo wszystko i tutaj są wyjątki, szczególnie w dodatkowych walkach. Ciekawi mnie jak pod tym względem prezentuje się Dream Drop Distance. Tak czy siak, jest to jeden z moich planów na weekend. Najpierw chcę przejść fabułę na tym poziomie trudności, a później zabrać się za zdobywanie wszystkiego. Na razie nie idzie tak źle, ale jednak mam już jakieś 10 godzin na liczniku – dla porównania na Standard w tym samym momencie miałem ich może 6.

Zacząłem się również bawić w Stories: The Path of Destinies (PS4) i jestem pozytywnie zaskoczony. Nie jestem wielkim fanem zwierzęcych bohaterów, czy lisów. Spodobała mi się fabuła i to w jaki sposób jest prowadzona. Kolejne scenariusze są dość krótkie (z bardziej rozwiniętym bohaterem zajmują około 40 minut) i mają 4 rozwidlenia z wyborami, ale mimo to i tak jest ich trochę zbyt dużo, bo w pewnym momencie granie staje się monotonne. Niektóre z wyborów trzeba podjąć kilkakrotnie, aby później móc gdzieś zboczyć. Niemniej, wciąż jestem pod wrażeniem, bo sielankowa opowieść o wielkiej przygodzie momentami jest bardzo mroczna i dramatyczna. Niemal czuję wagę złych wyborów jakich dokonał Reynardo. No i na wielkie uznanie zasługuje sposób narracji. Otóż mamy bardzo fajny głos narratora, który wypowiada się za wszystkie postacie. Brzmi to świetnie, bo aktorowi sprawnie idzie odgrywanie emocji różnych postaci i ich charakterystycznych cech. Czasem sepleni, wrzeszczy albo mówi w sposób delikatny, kiedy wciela się w rolę kobiety. Bardzo fajne są też walki, choć nieco zbyt uproszczone. Są jednak widowiskowe i przyjemne. Spodobał mi się też klimat i uroczy design. Lokacje wyglądają naprawdę ślicznie, szczególnie z końcówki, kiedy pada śnieg oświetlony blaskiem zachodzącego słońca. Tak czy siak, zamierzam sobie pomalutku zdobywać platynę. Zostało mi do niej uzyskanie wszystkich zakończeń oraz zdobycie najwyższego poziomu doświadczenia. To drugie będzie pewnie ostatnią rzeczą jaką zrobię, bo z tego co widzę idzie to dość mozolnie. Przed sobą mam jeszcze około 10 zakończeń, ale podejrzewam że będą naprawdę ciekawe. Poniżej macie próbkę rozgrywki, prosto z mojego kanału na którym zamierzam niebawem zacząć robić znacznie więcej.

Kończymy pomału temat gier na dzisiejszy odcinek. Tak, wiem. Mało tego, ale ciężkie czasy nastały, w których Sora i Riku zabierają niemal całą uwagę autora. Postanowiłem kontynuować uzupełnianie listy trofeów na swoim koncie PSN i tym razem padło na Prototype (PS3). Jedną z dwóch pierwszych gier, które zacząłem na swoim koncie. Drugą jest Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots (PS3), w którym zdobyłem pierwszą platynę. Prototype (PS3) już kilka lat temu nie spodobał mi się na tyle, by choćby ukończyć fabułę. Nie wiem czy wtedy nie byłem bardziej wymagający. Tak czy siak, niedawno postanowiłem że nadrobię tę produkcję, chcąc mieć ją za sobą. Wiem, że na koncie mam lepsze gry z mniejszym procentem trofeów, ale na tym właśnie polega skrzywienie – z czasem przestajesz rozumieć samego siebie, a swoje pokręcone decyzje tłumaczysz tym, że świat jest okrutny i trzeba najpierw zrobić wszystko co… najgorsze. Sam gra jest mówiąc łagodnie… średnia. Nie jest też produkcją dla mnie. Nie przepadam za otwartym światem wypełnionym masą bezsensownych aktywności i bohaterów, których nawet imienia nie pamiętam. (Chyba) Alex jest nudny, choć ciągle chodzi z groźną miną i mówi wkurwionym głosem. Biega po budynkach, rzuca samochodami, ale jak się odzywa brzmi totalnie przeciętnie. Fabuła nie jest więc mocną stroną tej gry, więc powinna nadrabiać innymi elementami. Nie robi tego, bo rozgrywka też zawodzi. Niby całkiem fajnie się lata i robi rozpierduchę, ale co z tego skoro nie czuć tu mocy ani motywacji. Ponadto gra jest trudna, przez co jeszcze mniej chce mi się grać. W planach na weekend mam niby popchnięcie tej kiepskiej fabuły do przodu, ale nie wiem czy w ogóle tknę tę produkcję. Pewnie będę w nią grał latami zanim platyna w końcu wpadnie na konto. Tym bardziej, że najpierw muszę przejść grę na normal, a później na hard. Ech, szkoda słów. Tak czy siak, to wszystko na dzisiaj odnośnie gier.

FILMY

Teraz gładko przejdę do ostatnio oglądanych filmów. W ramach przygotowań do ostatniego filmu Resident Evil: Ostatni Rozdział (2016) przypomniałem sobie trzy pierwsze części i obejrzałem dwie kolejne, z których poprzednim razem zrezygnowałem po tym jak w „trójce” zaczęli klonować główną bohaterkę. Tak jak się spodziewałem, tylko Resident Evil (2002) trzyma poziom. Ma fajny klimat, jest stosunkowo wierny materiałowi źródłowemu i ma po prostu swój urok. No i ta muzyka, w której część utworów wykonał Marilyn Manson (szczególnie genialny motyw przewodni)! Kolejne filmy mają w sobie za dużo głupot i na siłę wrzuconych nawiązań do gier. Mogły to być fajne filmy akcji, ale znów sceny walk są wykonane w sposób przeciętny. Dużo tutaj skakania, ale poziom absurdu znów jest nazbyt wysoki na coś, co sprawia wrażenie zrobionego na poważnie. Takie sceny dobrze bawią w filmach Rodrigueza czy Tarantino, którzy po prosu umieją bawić się kiczem. Poza tym, ich filmy mają jeszcze większy rozmach i po prostu ogląda się je lepiej. W filmach Andersona nie spodobało mi się to jak zostały użyte i wykreowane postacie z gier. Każda z nich pojawia się nagle, bez większego wyjaśnienia kim są i jaki mają motyw. Najbardziej rozwaliła mnie postać Chrisa i aktor który się w niego wcielił w Resident Evil: Afterlife (2010). Jeszcze bardziej absurdalne jest to w jakich okolicznościach go poznajemy. Jeśli oglądaliście Prison Break (2005-2009) to od razu to zauważycie. No i przecież gwiazda tego serialu za nic nie nadaje się do takiej roli. Później jest jeszcze gorzej.

W Resident Evil: Retrybucja (2012) pojawia się tragiczny Leon, jakiś wypierdek udający Barry’ego i Ada, która w filmie pozbawiona jest tej wyniosłości i cwaniactwa z jaką kojarzona jest bohaterka z gier. To najgorszy rodzaj fanservice’u – coś na zasadzie „wrzućmy kilka znanych graczom nazwisk i będą zachwyceni”, no ale znów z nich wszystkich Wesker wydaje się najbardziej dopracowany. Nie jestem też przecież wielkim fanem serii gier, po prostu bardzo ją lubię. Fabuła nigdy nie była najmocniejszym punktem tych produkcji, ale trzymała poziom. Dla mnie liczył się genialny klimat i bardzo wciągająca rozgrywka. Za filmy zabrała się po prostu zła osoba, ale mimo wszystko ogląda się je całkiem przyjemnie. Dobrze wyglądają, mają fajny klimat i świetną muzykę. Reszta raczej pozostawia wiele do życzenia, nawet jeśli potraktować je osobno od gier.

Na szczęście następnym filmem jaki obejrzałem był John Wick (2014). Zamierzam iść do kina na kontynuację zaraz po premierze, poza tym film ciekawił mnie od dłuższego czasu i sam nie wiem czemu tak późno go obejrzałem. Brakowało mi takiego dobrze zrealizowanego filmu akcji. Mamy tu wszystko czego potrzeba do pięknej rozwałki: szukającego zemsty awanturnika, którego samo nazwisko wzbudza strach i szacunek, barwne postaci z dobrze napisanymi dialogami, mroczny klimat i świetnie zrealizowane sceny akcji. To po prostu bardzo udany hołd dla klasyki gatunku, gdzie fabuła była pretekstem do kolejnych walk, gdzie ostatnia oczywiście odbywa się podczas ulewy. W odróżnieniu jednak od starszych filmów, tutaj dostaliśmy lepsze sceny wymiany ognia i dla mnie jako fana twórczości Mansona, ścieżkę dźwiękową z jego utworami które świetnie się tu wpasowały. Film polecam i z niecierpliwością czekam na kontynuację. Mam do niej całkiem spore wymagania i mam nadzieję, że się nie zawiodę.

MUZYKA

Powolutku kończymy. Pozostaje mi jeszcze rzucić jakieś utworki i stąd znikać. Będzie trochę nostalgicznie i epicko, bo trafiłem na świetny duet, który mnie ominął przez to, że zaniedbałem kolekcjonowanie muzyki. Mówię o tym, że na którymś z ostatnich albumów Korn ukazała się piosenka, w której Jonathan Davis śpiewa razem z Coreyem Taylorem. Dla mnie to epickie combo, bo jestem wielkim fanem obu śpiewaków, więc mojemu pozytywnemu zaskoczeniu nie było końca. Uwielbiam takie mieszanki i tęsknie za czasami, w których różne zespoły z danego nurtu wspólnie nagrywały kawałki. Teledysk też jest świetny, trochę kojarzy mi się z Tool (choć to nie ten sam poziom). Sam utwór zapowiada bardzo udany powrót do świetnego Korna sprzed lat i nabrałem ogromnej ochoty na uzupełnienie tym albumem swojej kolekcji.

No i skoro jesteśmy już w klimatach to jeszcze jeden, ciut starszy utworek. Kiedyś nie mogłem się do niego przekonać, ale obecnie ten album jest jednym z najlepszych. No i chyba jest to najmocniejszy album zespołu.

Tyle ode mnie! Zostawiam Wam komentarze do dyspozycji, a ja idę się męczyć z trofeowymi błędami przeszłości. Tak naprawdę nie wiem, czy pogram w Prototype (PS3). Może zacznę coś nowego. A Wy bawcie się dobrze i nie idźcie w moje ślady!

Sonda - wypowiedz się!
Czym grasz?!
Oceń notkę:
+ +12 -