Wyleciało mi z głowy kALWa888
14.10.2016, 18:00
Weekendowe granie #142
Deadpool w bazie gier
Weekendowe granie #142
​Wasz Predaktor był niedostępny, ale znów może sobie pyskować, marudzić i opowiadać o pucowaniu bezużytecznych pucharów. ALE! Zawsze lepsze to niż pucowanie berła, nie zapominajmy o tym.

Mojej nieobecności winne są konie, które trzymałem w pokoju. Podeptały mi laptop i teraz nie ma obrazu, ANI NAWET KLAWIATURY. Żeby coś napisać, trzeba się po niej turlać. Pora brać się za to co najważniejsze, czyli napisanie Wam tekstu, który będziecie czytać przez calutkie dwa dni weekendu. Po co grać, jak można czytać o tym jak ktoś gra?! To najnowszy poziom nubizmu, no ale przynajmniej umiecie coś więcej niż tylko paczyć się w telezor.

W sumie tyle tego jest, że nie wiem od czego zacząć. A jeszcze mi konie rżą, klawisze zbierają. TRUDNO SIĘ SKUPIĆ. Zacznę więc od jakby trochę ścierwa. Znów miałem okazję doświadczyć wspaniałej wizji wizj(on)era. Nie mógłbym mówić o nikim innym jak Davidzie Cage'u, cymbaliście z Nickelback, do którego jego brat Nicolas (wokalista w sensie) go wkręcił. Chłopakowi jednak nie odpowiadało wieczne walenie w cymbałki w zespole rockowym, więc stwierdził że nakręci prawdziwą grę, dla prawdziwych kinomaniaków. Wcześniej było Heavy Rain™ (PS3), ale gra okazała się na tyle smutna, że przez łzy nikt nie zauważył dziur fabularnych i wszyscy do tych dziur powpadali. Żeby tego uniknąć w przypadku Beyond: Dwie Dusze™ (PS3), Dawid wpadł na GENIALNY pomysł (albo posmył), który polegał na totalnym pomieszaniu chronologii w scenariuszu. Dzięki temu dziury nie mają znaczenia, bo zanim do jakiejkolwiek wpadniesz zostajesz przeniesiony w inne miejsce! Prawda, że świetne?! No... chyba nie. Do tego dodajmy miszmasz gatunkowy podany w złym stylu. Mamy tutaj dramat, dramat dziewczynki, dramat nastolatki, sensację, akcję, dramat biednych, romans i... sci-fi. Wszystko w wersji dla biednych. To tak jakby zmieszać pasztet z dżemem i dać to wszystko na wafel ryżowy albo jakiś owoc, czy może do herbaty wrzucić. Owocowej. Pewnie są tacy co to lubią, no ale mnie raczej niesmaczy wyobrażenie takiego przysmaku.


Wracając do tematyki. Urzekł mnie drugi z głównych bohaterów, Aiden. Na początku, a nawet i później był przede wszystkim fajnym urozmaiceniem rozgrywki. Możliwość latania, wcielania się w inne postacie, czy spalenie doszczętnie spierdolonych nastolatków to czysta frajda, no ale bądźmy poważni... Z jednej strony mamy wspomniane wcześniej sci-fi dla biednych, a później się okazuje że ta cała fikcja naukowa była nic nie warta, bo... Ech, o tych grach nie da się gadać bez spoilerów. No ale ci co ukończyli wiedzą o co chodzi, wiedzą kim jest Aiden i na czym polega cały ten wątek. Myślę, że się ze mną zgodzą, bo jak inaczej? Z drugiej strony zdecydowanie warto pochwalić grafikę, bo ta stoi na naprawdę wysokim poziomie. No ale przecież wszyscy wbijamy wiadomo co w grafikę. Liczy się fabuła, klimat, muzyka i rozpierdol, wpływ na emocje. Ogólnie bardzo się cieszę, że nie odpaliłem tego gówna na swoim koncie. Platyna wygląda na bardzo nieprzyjemną w zdobywaniu, tym bardziej że nie splatynowałem jeszcze Ethan Is Crying Loud Because His Son Is Incredibly Stupid: We have balloon! Let's Die! (PS3), bo nie mam na to najmniejszej ochoty. Byłoby mi smutno gdybym i w tym ścierwie musiał męczyć się z trofeami. No ale grałem z Asobu w coopie, więc... tyle wystarczy. Rozgrywka jest urozmaicona w porównaniu do poprzedniego tworu tego człowieka. Nie tylko za sprawą Aidena, bo mamy też momenty w których się choćby skradamy, ale co z tego skoro od reszty gry niczym się to nie różni poza charakterem czynności? Niby sami musimy wybrać odpowiednią ścieżkę, ale nie żartujmy już sobie - zwykle nie ma więcej niż jednej do wyboru. Ja naprawdę nie widzę sensu w istnieniu takich gier. No ale sprzedają się, tutaj zawsze jest sens. Na koniec dodam, że na początku byłem pozytywnie nastawiony do tej gry, ale z czasem absurdalność wątków i tej zjebanej chronologii dała mi się we znaki. Nie polecam, nie wiem co trzeba zażyć żeby dobrze się przy tym bawić, ale to musi być jakieś chore gówno. Może tripokainę?



Następne gry o których wspomnę będą lepsze! Zdecydowanie! Nawet przeciętne Superfrog HD (PS3), w którym zdobyłem 100% trofeów. Już kiedyś wspominałem o tej produkcji. Zasięgnąłem po nową wersję, bo za dzieciaka mocno zagrywałem się w oryginał na Amidze 1200. Niestety, nowa wersja zawodzi na kilku płaszczyznach. Mi przede wszystkim przeszkadzał charakter oryginalnych poziomów - liczyłem, że muzyka i grafika zostanie nienaruszona, a po prostu dostosowana do tego, aby na nowym sprzęcie śmigało i wyglądało w miarę przyzwoicie. Niestety, oryginalne poziomy zachowane są w nowym stylu, ale o ile pamięć mnie nie zawodzi zachowano rozmieszczenie platform i przeciwników. Mimo iż stanowią o wiele większe wyzwanie od nowych poziomów, nie chce mi się ich przechodzić, są dla mnie niemal totalnie bezwartościowe. Poza tym, samo zdobywanie wszystkich trofeów dość znacznie mnie wymęczyło. Szczególnie początki były ciężkie. Wszystko przez zlą pracę kamery, która oddala i przybliża na okrągło. Serio, na początku bolała mnie od tego głowa, ale z czasem się przyzwyczaiłem. No i przyznam, że ostatni z nowych poziomów dał mi popalić. Zanim go przeszedłem musiałem zrobić jakieś 30 podejść. Oczywiście zebranie wszystkich monet i złotych lilii było o wiele trudniejsze. No ale w końcu się udało i w sumie po lekkim zmuszeniu się do gry i przyzwyczajeniu się do tej kamery, poszło w miarę gładko. Grę zostawiłem sobie na dysku, bo może jednak wrócę jeszcze do tej produkcji, żeby pobawić się w edytorze poziomów i może na tych oryginalnych poziomach.
Widzicie jak ta kamera źle pracuje?! Tylko uważajcie na oczy!


Po tym ukończyłem ciekawy projekt o tytule SOMA (PS4). Z dokonaniami tego studia spotkałem się przy okazji którejś z odsłon Penumbry. Niestety, żadnej nie udało mi się ukończyć, podobnie jak Amnesii, która zyskała sporo rozgłosu. No i cóż mogę powiedzieć? Nie przepadam za tego typu grami, bo wolę jednak walczyć z przeciwnikami, aniżeli móc się jedynie przed nimi chować. O ile dobrze pamiętam, grałem w odsłonę o podtytule Black Plague i już tam nie można było patrzeć się na maszkary, bo nasz bohater dostawał bzika. Z Somą jest podobnie - tzn, nasz bohater nie zaczyna wrzeszczeć ze strachu, a po prostu cierpi od patrzenia na zjawę. O ile w Penumbrze można było łatwo pozbyć się przeciwników, w Somie tak proste to nie jest. W starszej produkcji wystarczyło wyjść z pomieszczenia tak, aby pojawił się ekran ładowania danych i gdy wróciło się do tego samego miejsca, potwora już nie było. W Somie niestety towarzyszą nam często, czasem nawet w momencie rozwiązywania zagadki, czy szukania czegoś. Zdarzało się, że musiałem znaleźć wyjście z danego kompleksu pomieszczeń, ale wymagało to sporej ilości łażenia i szperania. Niestety, w tym samym momencie towarzyszyło mi straszydło, które przechadzało się po korytarzach i utrudniało przemieszczanie się. Z początku nawet odczuwałem strach, ale z czasem zaczęło mnie to drażnić. Nie podoba mi się to rozwiązanie, tym bardziej że gdy posuniemy się z zagadką do przodu, potwór momentalnie zaczyna być w pobliżu. Niby zniknięcie mu z pola zainteresowania trudne nie jest, ale trochę frustrował mnie przymus poczekania aż paskuda sobie pójdzie, żebym mógł wejść do pomieszczenia, z którego czegoś potrzebuję.


Niby zacząłem od wad, ale w sumie to byłyby wszystkie. Co prawda, grafika nie robi najlepszego wrażenia, ale jest na tyle dobra, że pozwoliła na przedstawienie tej cudownej wizji artystycznej jaką mieli twórcy. Najładniej prezentują się momenty, w których kroczymy po dnie oceanu. Trafiamy na zardzewiałe i obrośnięte rafą koralową wraki itp. Całość kojarzyła mi się z Rapture z (oczywiście) BioShock (PS3). Najciekawszym jednak elementem całego designu jest nietypowa bio-mechaniczna narośl, którą widujemy w przeróżnych miejscach. Na przestrzeni całej gry spotykamy się z nią bardzo często, ale jak dla mnie nie przestała być intrygująca ani przez chwilę. To może przez bardzo ciekawy temat jaki poruszyli twórcy w swoim dziele. Nie chcę za dużo zdradzać, bo nie jest to powiedziane na początku tej mrocznej przygody, ale mi osobiście dał do myślenia i trochę zaniepokoił. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na postawione przez twórców pytanie, bo z jednej strony jest to przerażające, a z drugiej... nawet kuszące. No i jeszcze odnośnie zalet. Gra ma prześwietne udźwiękowienie i muzykę. Niejednokrotnie najbardziej na odczuwany przeze mnie strach wpływało to co słyszałem, aniżeli widziałem. Myślę, że w przyszłości chętnie odświeżę sobie ten projekt, bo naprawdę bardzo mi się spodobał. W sumie chętnie zabrałbym się za ich wcześniejsze dzieła tego studia. W ramach bonusu filmik o tym, że nie warto korzystać z komputera stojąc na biurku. No i tak czy siak, w takie gry niezależne to ja mogę grać!



Kolejny tytuł pozwolił mi wzbogacić swoją kolekcję wirtualnych, platynowych pucharków. Mowa o ciekawym artystycznie Transistor (PS4). No ale najbardziej charakterystyczną cechą tej produkcji jest muzyka, którą zaprezentuję poniżej (aczkolwiek nie sądzę, że nie mieliście z nią styczności). Sama fabuła opowiada o wokalistce, której odebrano możliwość śpiewu, czy nawet odebrano jej głos. Towarzyszy jej miecz mówiący głosem człowieka który został nim pchnięty, ale nie chciałbym zdradzać więcej. Bardzo spodobało mi się to jak nakreślona jest relacja dwójki bohaterów. Miecz na bieżąco komentuje wydarzenia i słucha się tego bardzo dobrze, bo aktor który został wybrany do tej roli ma świetny głos - możemy odsłuchiwać go albo z głośniczka pada albo w klasycznym stylu wraz z innymi dźwiękami z głośników TV. Całość upiększa cudny głos głównej bohaterki, która nuci - im dalej w fabule tym głośniej. Ponadto czasem mamy okazję odsłuchać coś z jej repertuaru, z czasów kiedy była kochaną gwiazdą. Piosenki są naprawdę świetne i potrafią złapać za serducho. Najbardziej spodobał mi się ten poniżej, głównie za te klawisze w tle. Posłuchacie i dowiecie się dlaczego produkcja niejednokrotnie nominowano za najlepszą muzykę.


No ale Transistor (PS4) to nie tylko intrygująca oprawa audiowizualna. To też bardzo dobra, choć dziwna i nieco tajemnicza fabuła, o której raczej nic nie napiszę. Poza tym gra posiada nietypowy system walki, będący połączeniem czegoś w rodzaju hack 'n' slash (Diablo) i strategii taktycznych. Chodzi o to, że w trakcie walki najlepiej (bo można i bez tego) wejść w specjalny tryb, który zatrzyma czas i zaplanować kolejne ruchy i ataki Red, która następnie wykona je w błyskawicznym tempie. Zanim tryb znów będzie dostępny trzeba odczekać. Ponadto możemy rozwijać naszą bohaterkę, poprzez dobranie odpowiednich ataków i umiejętności głównych oraz dodatkowych - wszystko zależy od tego w jakim gnieździe umieścimy daną cechę. Na ten przykład jeśli klasyczny atak umieścimy w gnieździe głównym, dostaniemy atak. Jeśli natomiast ten sam atak użyjemy jako rozszerzenie do innej umiejętności umieszczonej w gnieździe głównym, dostaniemy jakieś buffy dla tejże. Brzmi skomplikowanie i mi na początku takie się wydawało, ale jak to sobie po kilku godzinach dobrze ogarnąłem to byłem niemal niezniszczalny. No i gdyby komuś było zbyt łatwo, grę można sobie mocno utrudnić poprzez używanie ograniczników. Kojarzyło mi się to z czymś w rodzaju wirusów, które wzmacniają wrogów i utrudniają nam życie, ale z drugiej strony zwiększają ilość zdobywanego doświadczenia. Bardzo spodobał mi się ten system. Co do platyny - nie jest szczególnie wymagająca, choć przeżycie 5 walk z maksymalną liczbą użytych ograniczników dało mi w kość. Długo się z tym męczyłem, bo każda przegrana walka kosztowała mnie kilka utraconych umiejętności - to dlatego, że po utraceniu całego HP tracimy najczęściej używany atak/umiejętność i trzeba czekać kolejne dwie walki żeby się odblokował. No i niestety, po takim zdarzeniu automatycznie wczytywałem ostatni zapis, bo bez umiejętności używanej najczęściej byłem beznadziejny. Grę oczywiście bardzo polecam, o ile jeszcze jej nie sprawdziliście. No chyba że nie cierpicie gier z rzutem izometrycznym... Czy nie byłoby to absurdalne?



No i tak jak widać na okładce, w obecnym numerze WG rządzi Deadpool. Ostatnimi czasy sporo komiksów o nim czytam, a ponadto zdobyłem platynę w grze - Deadpool (PS3). O ile komiksy to genialna rzecz, gra jest raczej średniakiem ze świetną postacią. Jeśli chodzi o komiksy, to wciąż jestem w pierwszym woluminie, dokładniej w połowie i kilku postaci które w grze się pojawiły, w komiksach jeszcze nie spotkałem. Miałem jeden odcinek w którym Deadpool spotkał Cable'a. Trochę walczyli, trochę rozmawiali i Cable nie był jeszcze tak mocno zmieniony. W grze spotykamy go jako dobrego znajomego Wade'a, który przybył z przyszłości, żeby pomóc mu w pokonaniu Sinistera, którego w komiksach jeszcze nie widziałem. Myślałem aczkolwiek, że jest on późniejszą wersją jednej postaci którą znam, ale póki co wygląda na to, że się myliłem, bo przez Deadpoola wspomniany charakter znalazł się w psychiatryku. Tak czy siak, nie znam ani komiksów o Cable'u i jego tworzeniu X-Force, ani serii Cable and Deadpool. Tak czy siak, ich duet jest całkiem zabawny. Deadpool to jak wiadomo wiecznie żartujący czubek z trzema osobowościami, a Cable ze swoją ambicją zmieniania świata na lepsze zdaje się sztywniakiem, który jednak wie jak zachęcić Wade'a do działania - ot, wkręcić mu że tam gdzie musi iść czeka na niego cycata fanka. Gdybym znał z komiksów ich relację, pewnie o wiele lepiej bym odebrał to samo w grze. No ale komiksów jest naprawdę sporo i zanim dotrę do serii z Cablem, trochę minie. Ale wtedy grę jeszcze raz splatynuję na PS4.


W grze spotykamy też Death, z którą nasz bohater miał romans. Tę postać akurat widziałem w jednym numerze komiksu, ale był to odcinek z '98 roku, w którym wyjaśniono przeszłość Wade'a i to jak stał się tym kim jest teraz i dlaczego tak bardzo nienawidzi Ajaxa oraz doktora Killebrew. Zeszyt jest przegenialny, chyba jak dotąd najlepszy. Opisane jest w nim jak eskperymentują na nim i jemu podobnych, sprawiając im straszliwe cierpienia. Wade WIlson jest jedyną osobą, która się buntuje. Daje to nadzieję innym i ogólnie poprawia atmosferę, ale jak wiadomo Deadpool nie chce słyszeć ani słowa o tym, że jest bohaterem. Podczas kolejnych tortur jest coraz bliżej śmierci - wtedy pojawia się zjawa i Deadpool stwierdza, że ma halucynacje. Okazuje się jednak, że to śmierć przyszła po niego, ale wciąż nie może go zabrać, bo Wade nie może umrzeć. Oboje zakochują się w sobie i obiecują że będą razem, no ale... Deadpool nie umiera. Z tego co widziałem, komiksów opisujących ten nietypowy romans jest więcej, ja na razie trafiłem na jeden, który był utrzymany w dość poważnym tonie. Ogólnie w serii komiksów które skończyły się u mnie kilka numerów wcześniej, Deadpool nie był jeszcze tak pierdolnięty jak jest w późniejszych zeszytach. Ot, wciąż ciągle gada podczas walki, ale to jego cecha charakterystyczna, z którą twórcy tworzyli tę postać. W kolejnych numerach ma jednak halucynacje przedstawiające jakieś białe króliki i kobietę nalewającą alkohol do 5 litrowego baniaka. W tych odcinkach zauważyłem też pierwsze próby łamania czwartej ściany, choćby wtedy kiedy Deadpool odgrywa na kilku stronach Hamleta i zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Pojawia się też więcej nawiązań do wszelkich dzieł, nawet Street Fightera! No ale wróćmy na chwilę do opisywanej gry. W niej Deadpool i Death znają się już długo. Sinister to ich wspólny przeciwnik i współpracują razem, żeby mu trochę utrudnić "zdobywanie świata".


W sumie tyle o sprawach fabularnych wystarczy. Postaci jest oczywiście więcej. Tak samo jak śmiesznych scen. Growy Deadpool jest inny niż ten o którym czytam teraz, no ale gra jest z 2013 roku, a jeden odcinek miesięcznie od 98 roku to... no, całkiem sporo. W grze nie ma też niektórych postaci, które w komiksach pełniły bardzo ważną rolę. No ale po przeczytaniu kilku kolejnych zeszytów dowiedziałem się dlaczego tych postaci w grze nie ma - czemu nie ma o nich choćby wzmianki. Tak czy siak, gra polega na typowej, nieco platformówkowej eksploracji. W walce używać możemy broni białej i palnej. Bohater może wykonywać kombinacje ciosów, teleportować się w celu uniknięcia ataku i po napełnieniu odpowiednich pasków tańczyć śmiertelnego breakdance'a. Poza walką i eksploracją, mamy rozwój postaci za punkty które zdobywamy w walce. W sumie to tyle. Czasem uświadczyłem miłej niespodzianki w postaci zmiany perspektywy czy jakiegoś innego urozmaicenia, ale cały gameplay jest po prostu środkiem do nadania formy bohaterowi. Szkoda, że niczym więcej.


No i właśnie. W grze chodzi o to, że Deadpool postanawia stworzyć grę o sobie. Ponoć przyszedł do studia High Moon Studios i zagroził deweloperom pracującym pod skrzydłami Activision, że jak nie stworzą gry z Danielem Wayem z Marvela, to powyrywa im ręce i zatłucze ich własnymi kończynami na śmierć. Gra niby nie była planowana, ale cóż... nie było wyboru, ci ludzie mają rodziny, dzieci. Tak czy siak, gra bardzo mi się spodobała i uważam, że może być dobrym wprowadzeniem do komiksów - to znaczy, bardziej może zachęcić do zapoznania się z postacią. Wspominałem jednak, że każdy chcący się tego podjąć może być zaskoczony, bo wczesny Deadpool trochę się różni od tego nowszego, bardziej brutalnego. Szczerze mówiąc, bardziej podobał mi się ten Deadpool sprzed kilkunastu zeszytów, aniżeli ten lekko odmieniony, o którym czytam teraz. Nie to, żeby komiksy przestawały mi się podobać. Poza tym, pewnie jeszcze bardziej zmieni się charakter komiksów. Tak czy siak, grę oceniłem 8/10. Gdyby była lepsza pod względem rozgrywki i ogólnie technicznym, dałbym jej 10/10 bez zastanowienia. Teraz mam jeszcze większą ochotę na czytanie komiksów dalej i ujrzenie tej przemiany bohatera.


Ukończyłem, ale gram dalej żeby zdobyć platynę w Resident Evil: Revelations 2 (PS4). Znów tryb współpracy, ale tym razem na podzielonym ekranie. Inaczej nawet się nie da, bo twórcy nie wiedzieć czemu nie zadbali o taką możliwość. No ale w sumie nie jest to ten sam system rozgrywki co w choćby Resident Evil 6 (PS3), gdzie każda grywalna postać zachowuje się podobnie - czyli głównie strzela i biega (dokładnie w tej kolejności). Tutaj współpraca pomiędzy postaciami działa na innych zasadach. Jedna z nich pełni rolę atakującego, a druga wsparcia. Czyli powiedzmy Claire strzela i atakuje nożem, a Moira używa latarki do rozświetlania ciemności i ogłuszania przeciwników. Ma też łom, którym może utorować drogę, bądź użyć do ataku. Wygląda to więc w ten sposób, że jedna postać albo wskazuje na przeciwnika, albo go ogłusza, a druga podbiega i przewala go na ziemię, bądź korzysta z jego chwilowego ogłuszenia i zadaje większe obrażenia niż zwykle, strzelając. Podoba mi się ten system, ale z drugiej strony drugi gracz też czasem chciałby sobie postrzelać. No ale gra bardzo mi się spodobała, jestem bliski stwierdzenia, że druga część jest lepsza od pierwowzoru. Fabularnie jest typowo jak na serię, ale grało mi się jakoś przyjemniej, no i zdecydowanie klimat i nastrój jest lepszy. Niewiele jest momentów przepełnionych akcją, jest mroczniej, bardziej klimatycznie.


Jest też nieskomplikowany system tworzenia przedmiotów, który wykracza ponad mieszanie ze sobą roślinek. Teraz możemy stworzyć jakieś butelki podpalające, czy wybuchające, które w walce okazują się mocno przydatne. Materiały znajduje się w klasyczny sposób, aniżeli otrzymuje na podsumowanie rozdziału w postaci nagród. Jest też sporo do zrobienia, bo każdy z rozdziałów podzielony jest na dwie części, w których gramy różnymi duetami. Każdy z czterech rozdziałów trzeba zrobić na trzy sposoby, albo więcej jeśli pominiemy dodatkowe, ukryte trofea. Na razie z Asobu mamy za sobą przejście podstawowe każdego rozdziału na każdym z naszych kont (bo oboje chcemy w tym platynę, a gra nie daje trofików drugiemu graczowi, nawet jeśli używa swojego konta do gry na podzielonym ekranie). Dla Asobu zdobyliśmy już przejście pierwszego rozdziału na czas oraz z niewidzialnymi przeciwnikami. Teraz pozostaje zrobić to na moim koncie, a później na obu przejść pierwszy rozdział z użyciem jedynie noża. No i zapomniałbym o medalach, które zdobywa się za spełnianie wyszczególnionych zadań podczas grania - może to być zabicie 8 przeciwników strzałami w głowę, czy na przykład oślepienie i następnie przewalenie 5 przeciwników. Zabawy będzie więc sporo i wiem tyle, że jak wbijemy platynę na koncie Asobu to ją też sobie wpiszę, nie tylko swoją. W końcu dwa razy będę robił to samo! No ale póki co idzie to w miarę sprawnie, zobaczymy co będzie później. W planach między innymi kontynuowanie tego przedsięwzięcia. Poniżej macie filmik z tego jak gramy. Gramy tak zajebiście, że przeciwnicy uciekają przed nami. ZA ŚCIANĘ!!!!!


W końcu mogę poznać niszczatora jakim dla wielu jest Grand Theft Auto V (PS4). Gram od ponad tygodnia, na liczniku mam pewnie ponad 20 godzin, a za mną dopiero niecałe 40 z 69 fabularnych misji i niecałe 50% całego ukończenia. No i cóż... gra jest genialna. Podejrzewałem że najbardziej urzeknie mnie Trevor i co prawda jest tak, ale pozostałe postacie nie są wcale od niego gorsze. Trevor to taki totalny pojeb kojarzący mi się z tymi czubkami z filmów Roba Zombie jak choćby Dom 1000 Trupów. Ciągle się wydziera, dużo przeklina, jest agresywny, brutalny, chamski, obrzydliwy i paskudny. Jest też trochę przesadzoną postacią, co niestety mu ujmuje, ale na szczęście tylko trochę. Denerwuje mnie też to, że jest otoczony totalnymi debilami, ale znów pewnie chodzi o to, żeby pokazać go w jeszcze gorszym świetle, żeby dać mu więcej możliwości w okazywaniu okrucieństwa. Miechael mocno kojarzy mi się z genialną Rodziną Soprano i ogólnie przedstawicielem podstarzałego gangstera z przedawnionym podejściem do życia i rozrywki. Temu znów towarzyszy rodzina, której zachowanie woła o interwencję Trevora. Franklin to wiadomo, gangsta rap, ale bardziej przypadł mi do gustu niż taki CJ z Grand Theft Auto: San Andreas (PS2). Wydaje mi się mądrzejszy, bardziej też stonowany. No i bardzo ładnie go ubrałem! Aczkolwiek muszę w tym miejscu się pożalić, że możliwości w modyfikowaniu wyglądu postaci są zbyt ograniczone. Szczególnie doskwiera mi to w przypadku Trevora, no ale to jedna z niewielu wad.


Misje są jak zwykle genialne, ale bardzo spodobało mi się pomaganie tym znajomym i dziwakom. Szczególnie pomoc w legalizacji trawki niejakiemu Bradowi. Wizje jakie mają postacie pod wpływem tych narkotyków niszczą system. Najlepszy był Michael i Trevor. Gra jak zwykle oferuje masę zawartości i różnych pobocznych atrakcji, ale niewiele z nich sprawdziłem i jakoś najczęściej jako Michael. Brałem udział w wyścigach łączących w sobie bieg, pływanie itp oraz na quadach. Pobawiłem się też w łowienie części wraku i oczyszczenia dna oceanu z zagrożenia. Pozostało tego jeszcze sporo, ale póki co skupiam się na wątku głównym i pomaganiu tym dziwakom. W tym miejscu chciałbym jeszcze pochwalić mechanikę strzelania, która jest tak samo genialna jak w Max Payne 3 (PS3). Co więcej, umiejętność specjalna Michaela polega na spowalnianiu czasu, choć na boki rzucać się już nie może. Bardzo spodobały mi się też rzeźnie, w których Trevor najpierw kłóci się z przedstawicielami różnych subkultur, a później ich zabija wyzywając od najgorszych. Szczególnie urzekła mnie rzeź wieśniaków, pseudo gangsterów i... hipsterów. No i tyle! Więcej napiszę za jakiś czas, jak już ukończę, może nawet dopiero jak zdobędę platynę, a to bardzo długa droga. Po tygodniu intensywnego grania mam jakieś 15% trofeów, a muszę dodać do tego jeszcze kilka z Edytora Rockstar. Więc wszelakim trofeowym dziwkom odradzam brania się za ten tytuł. Platyna niby jest prosta (trudność oceniono 5/10), ale długo się ją zdobywa - ponad 160 godzin, z czego najwięcej multi. Tyle ode mnie! W weekend będę kontynuował i mam nadzieję, że uda mi się zdobyć chociaż 10 trofeów! W ramach bonusu macie filmik ode mnie, jak kręcę piruety tirem.


MUZYKA
Na koniec najnowszy kawałek od Waszego ukochanego Die Antwoord. Ciekawe, lekko burtonowe brzmienie i agresywny rap. Bardzo mi się spodobało. Album już miał swoją premierę i teraz pozostaje mi go zakupić!



Tyle ode mnie! Bawcie się dobrze!

Sonda - wypowiedz się!
Dostałeś od taty balon. Co robisz?
Oceń notkę:
+ +13 -