Wyleciało mi z głowy kALWa888
27.08.2016, 00:45
Weekendowe Granie #135
Resident Evil 4 HD w bazie gier
Weekendowe Granie #135
Wstąp.

Piotrek był pterodaktylem. Leciał nad swoim rodzinnym miastem, pikując czasem w dół aby złowić jakiegoś chomika, czy inną rybę. Był przecież drapieżnikiem. Mógłby przynajmniej podziobać tych ludzi, którzy tutaj mieszkali, ale przecież znał ich, a oni jego i mimo iż ich nienawidził, nie potrafił zrobić im krzywdy. Nie był tylko pewien czy wiedzieli iż czasem zamienia się pterozaura. Nie było to teraz ważne. Piotrek chciał cieszyć się tą chwilą, pogryzionym chomikiem w zębach i wspaniałym uczuciem wolności. Zapragnął nabrać powietrza w płuca, by krzyknąć ku słońcu i wtedy właśnie wspomniany chomik wypadł mu z dzioba. Wszystko stało się akurat wtedy, gdy przelatywał nad panią Jadwigą gotującą pierogi na dworze. Jego zdobycz wpadła mu do garnka z wrzącą i mętną wodą, ochlapując starszą kobietę. Zdenerwowana rzuciła w przelatujące stworzenie drewnianą łyżką, przeklinając na czym świat stoi. Przez całe zajście musiała wrócić się do domu, bo już nie miała czym wyłowić gryzonia. W efekcie będzie miała ruskie pierogi w rosole z chomika. Nigdy nie jadła takiej potrawy i w sumie była ciekawa. Postanowiła, że zaprosi gości. Całkowicie zapomniała o Piotrku, który zdenerwował się trochę tą sytuacją, ale mimo wszystko zakrzyknął piskliwie niczym pterodaktyl, którym przecież był. Chłonął ten moment całym sobą odkładając frustrację na bok.
Nagle jednak wszystko się urwało i Piotrek był zmuszony powrócić do nudnej rzeczywistości. Krzyk jego matki wyciągnął go ze świata fantazji.
 - Endżeeeej!! – zawołała zrzędliwie. Leżała na łóżku i machała nogami w górze naśladując jazdę na rowerze. Jej nogi odziane były w ciężkie gumowce. – Czemu nie śpisz? Jest już środek nocy, a ty marnujesz dzień.
- Mamo…  Mam na imię Piotrek. – westchnął ciężko. Zmęczony był tym wszystkim. Całą rzeczywistością. Tak naprawdę był po prostu chłopcem, a nie żadnym pterodaktylem. Ot, po prostu miał nietypową fryzurę od jazdy na rowerze. Nie wysuszył do końca swoich włosów i teraz miał nad uszami „skrzydła”. Następnym razem gdy będzie wracał z basenu czy wody, będzie albo jechał wolniej, albo po prostu wysuszy całkowicie włosy. Nie chciał wystawiać się na pośmiewisko, skoro i tak był zwykłym chłopcem. Co innego gdyby faktycznie mógł dzięki temu stać się pradawnym drapieżnikiem. Jedynym w swoim rodzaju.
 - Endżej, idź już spać. –  jego matka zajęczała ponownie, tym razem lekko zdyszanym głosem. – Zmarnujesz sobie życie siedząc po nocach.
 - Mam na imię Piotrek! I jest południe, mamo! – odkrzyknął lekko sfrustrowany młodzieniec. Z ciekawości zajrzał do pokoju matki, gdzie pedałowała leżąc na łóżku. Jego matka dyszała głośno machając powoli nogami i kręcąc głową na boki ze strasznym grymasem na twarzy. Miała spocone czoło i skronie oraz rozczochrane włosy.
 - Co robisz, mamo? – zapytał lekko zaniepokojony Piotrek. Był już przyzwyczajony do dziwnych zachowań matki, ale czasem wciąż wpędzała go w zakłopotanie.
 - Wjeżdżam pod górkę, Endżej. – odpowiedziała jego matka. – Czy z ziemniakami wszystko w porządku? Nie rozjechałam ich?
 - Tak, wszystko w porządku. – odpowiedział chłopiec nie wiedząc o czym mówi jego matka. Postanowił, że wyrwie się na chwilę z domu, ale wpierw weźmie prysznic. Zapewne znów będzie miał wilgotne włosy, ale nie przejmował się tym. Może tym razem naprawdę będzie pterodaktylem. 
 Niebawem wskoczył na rower i nie przejmując się nikim ani niczym popędził przed siebie. Jego włosy były lekko wilgotne, wiatr szumiał w uszach. Wiedział co się stanie, więc przyspieszył. Krzyknął piskliwie w stronę słońca, nie zważając ani trochę na ludzi, którzy patrzyli się na niego z niepokojem.

No dobra! Skoro wstęp i inne bajery mamy za sobą, możemy przejść do sedna tego tekstu. Znów będzie trochę o trofeach i innych mało ważnych rzeczach, ale nie będzie to nic czego nie lubimy. Od ostatniego odcinka zdobyłem jedną platynę. Jestem z niej zadowolony, ale nie żeby była jakaś szczególnie wymagająca – ot, pochłonęła sporo mojego czasu, ale jednocześnie bardzo dobrze się bawiłem. Grałem w to już kiedyś, na Nintendo GameCube. Mowa o Resident Evil HD Remaster (PS3). Niejednokrotnie pisałem, że w moim odczuciu jest to remake idealny. Zachowanie klasycznej formuły, jeszcze lepszy klimat, ładniejsza (oczywiście) grafika i nowe wątki fabularne – z czego jeden przyprawia mnie o ciarki, razem z jego głównym bohaterem. Po prostu cudo! No i przez dobre dwa tygodnie grałem tylko w ten tytuł, ciesząc się tym wspaniałym klimatem opuszczonej posiadłości i pobliskich lasów. Z grami z tej serii jest tak, że nawet jeśli nie wciągniesz się od razu, to po kilku sesjach i ogarnięciu tego systemu wsiąkasz na całego i nie zmieniasz gry aż do ukończenia jej. To samo powtarzało się w moim przypadku przy wielu częściach, tym bardziej że po zaprzestaniu grania w nie, ciężko jest powrócić. Trzeba mieć wprawę i być w dobrej formie. No i cóż, po ostatnim przejściu na Easy, zabrałem się za poziom normalny już jako Jill, by prawie najgorsze zakończenie zdobyć w trochę ponad 10h. Zakończenia zdobywa się głównie poprzez ratowanie ludzi, ale są jeszcze inne czynniki.


U mnie rządziło zakończenie najgorsze – zdecydowanie zdobywałem je najczęściej, aby uniknąć choćby walki na lądowisku. Nie robiłbym tego aż tyle razy, ale przy przejściu z użyciem samego noża nie widziało mi się walczenie z Tyrantem więcej razy niż to konieczne, a i tak zajęło mi to ponad 5 godzin. Po tym wziąłem się za tryb Real Survival. Charakteryzuje się on tym, że skrzynie nie są ze sobą połączone – czyli jeśli wrzucamy coś do jednej skrzyni, w drugiej tego nie znajdziemy. Dlatego o wiele więcej trzeba biegać po tej posiadłości, backtracking jest jeszcze bardziej odczuwalny. Poza tym nie ma też automatycznego celowania i jak się okazało, jest to poziom Hard. Następnie otrzymałem możliwość zabrania się za tryb Invisible Enemy – jak sama nazwa wskazuje, przeciwnicy są niewidzialni. Na szczęście można go ukończyć na jakimkolwiek poziomie trudności i nie jest to AŻ tak trudne, bo wielu ze stworów zostawia po sobie ślady albo inne wskazówki co do miejsca ich pobytu – poza tym, po kilkukrotnym ukończeniu samemu pamięta się gdzie mniej więcej znajdują się przeciwnicy. Gorzej jeśli nie spalimy jakiegoś trupa i po jakimś czasie zacznie sobie wściekle biegać.


Było jeszcze przejście bez zapisywania gry, które zajęło mi 3,5h na jednym posiedzeniu. Nie mogłem zginąć, bo nie ma w tej grze czegoś w rodzaju kontynuacji. Najważniejsze aby w momencie gdy pojawiają się Huntery trzymać wysoki poziom zdrowia oraz nie dać się pożreć np. rekinom, czy nie wpaść pod toczące się głazy. Pamiętam jakie było moje zaskoczenie przy pierwszym przechodzeniu tej gry. Swoją drogą – one takie właśnie są. Jak się wie o wszystkich pułapkach to niby takie nic, ale pierwsze przejścia są pełne niepewności, częstego zapisywania i „wtf” czającego się na ustach. Ogólnie Jill ma łatwiej, ale Chris po zabraniu pewnej broni ze ściany ma przejebane. Mamy też scenę ze zbliżającymi się morderczymi zbrojami po wzięciu klucza, czy wspomniane wcześniej toczące się głazy. Nie grałem w zbyt wiele gier z takimi niespodziankami. Jak już miałbym przytoczyć coś tak przepełnionego pułapkami i ogólnie niebezpieczeństwami, to do głowy przychodzi mi tylko Demon's Souls (PS3).


Podsumowując, zdobycie platyny zajęło mi prawie 50 godzin, a i tak nie zdołałem zdobyć wszystkich zakończeń. Za to jednak zabiorę się już w wersji na PlayStation 4, bo też chcę ją sprawdzić, choć trofea są połączone pomiędzy obiema platformami. Mam nieskończoną amunicję do wyrzutni rakiet, więc poznanie tych sześciu zakończeń będzie formalnością. Najbardziej we znaki dało mi się zabijanie samym nożem, bo nigdy tego nie robiłem. To było dla czubków, którzy uwielbiali serię i mogli się patrzeć na Nemesisa godzinami, ciachając go raz po raz małym nożykiem do krojenia ogórków. Ja nie jestem z tych, ale mimo to jakoś udało mi się temu podołać. Najgorsze były zwykłe zombie, od których korytarze aż się roiły oraz te co wstają, jak i pierwszy boss, którego uwalniamy w piwnicach cmentarnych. Reszta nie była taka zła, bo i wielu przeciwników można po prostu ominąć. Tak czy siak, nieźle się przy tym złościłem i mam nadzieję, że nie będę musiał tego robić ponownie, choćby w Resident Evil Zero HD Remaster (PS3).

 

Znów nie zmieniając klimatów, postanowiłem że wezmę się za Resident Evil 4 HD (PS3), bo mój residentowy głód jest mocno niezaspokojony. Zapomniałem jak świetna jest to gra, aczkolwiek sterowanie mocno ssie analoga. Największy problem sprawia mi to, że celować muszę z użyciem lewego drążka. Bardzo ciężko jest mi zmienić swoje przyzwyczajenia i ciągle łapię się na tym, że próbuję celować prawą gałką. Gram na normalnym poziomie trudności i jestem w momencie w którym Ashley zostaje porwana przez dziwne ustrojstwo w ścianie. Gra ma świetny klimat, ale zdecydowanie więcej walki od poprzedników, więc pewnie stąd tak wiele niezadowolonych głosów. No i przecież „czwórka” zmieniła charakter serii. Można powiedzieć, że to ona jest przyczyną powstania „piątki”, która poszła jeszcze dalej, nie wspominając o kaszanie noszącej nazwę Resident Evil 6 (PS3). Problem w tym, że wraz ze zmianą perspektywy i sterowania twórcy za bardzo zmienili klimat, a przecież nie było to konieczne. To że można cały czas patrzeć przed siebie, nie znaczy że przeciwników musi być całe multum. No i nie wiem skąd ta zmiana jakby pory dnia, w której rozgrywają się pierwsze momenty, bądź inne fragmenty gry. Resident Evil 4 (PS2) zaczyna się w dość jasnym nastroju, ale później się to zmienia: jest ciemno, deszczowo. Na początku „piątki” jest słonecznie, później robi się noc, aby w ostateczności i tak znaleźć się w jakichś jaskiniach itp. Niby pogodnie nie jest przez całą grę, ale czy to nie pierwsze wrażenie jest najważniejsze?


Obawiam się zbliżającego Resident Evil 7 biohazard (PS4), bo znów zmieniają perspektywę i wygląda to jak kolejny symulator uciekania. No ale podobno mają być bronie, nawet miotacz ognia! I w końcu zależy im na dobrym klimacie – który znów za bardzo przypomina mi Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną (2003), czy czasem "czwórkę" właśnie. No ale zobaczymy. Szkoda, że ci wielcy deweloperzy z ludzi, którzy wyznaczali jakby nowe ścieżki, stali się uczniami. No ale taka już kolej rzeczy, niestety. No i cóż, gram sobie w to Resident Evil 4 HD (PS3), chodzę po zamkach i mam pewne trudności. W sumie teraz jestem w kanałach, gdzie są niewidzialne (!) robale. Zginąłem raz gdzieś pod koniec lokacji, musiałem zaczynać wszystko od nowa, się zdenerwowałem i wyłączyłem grę. Planuję do niej powrócić w ten weekend. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Oprócz samego przechodzenia fabuły na normalnym poziomie trudności staram się też o zdobycie wszystkich kapsli (?), za mistrzowskie zachowania na strzelnicach umieszczonych w konkretnych miejscach. Dzięki temu ma być niby łatwiej, ale znów nie tak łatwo przyjdzie mi bezbłędne strzelanie i to sterowanie znacznie mi to utrudni. Później czeka mnie przejście dodatkowego rozdziału i na koniec trudność dla profesjonalisty, którym nie jestem. Będzie dobrze.

 

Ukończyłem też Final Fantasy IX (PS One), grając w sumie na PSP. Jaka to jest piękna gra! Myślałem, że ostatnie walki nadejdą nieco później, a okazało się że byłem przy końcu gry. Wystarczyło kilka godzin i ostatnie filmiki ukazały się na małym ekranie przenośnej konsolki. Zakończenie było dla mnie nieco smutne i jednocześnie przewidywalne i zaskakujące. Wiem że to głupio brzmi, ale jednej rzeczy się spodziewałem, nie będąc jednak do końca pewnym kiedy stanie się to o czym myślę. No i stało się, nawet w tym momencie co przewidziałem, a mimo to byłem jakiś taki zaskoczony, no i przede wszystkim czułem ulgę, że sprawy tak się potoczyły. A reszta gry? No cóż, póki co mocno się zastanawiam, czy nie jest to moja ulubiona odsłona tej serii. Na pewno ulubiona spośród tych na PS One. Jeśli chodzi o całość to wciąż rządzi „szóstka”, która niemal mnie zabiła z tym Kefką całym i mnogością genialnych postaci i wątków. Final Fantasy IX (PS One) jest pod wieloma względami podobny, ale nie tak genialny. Wspaniały baśniowy klimat, wiele świetnych postaci, wciągająca fabuła, piękna grafika (te scenki CGI!!!!!) i dobrze skonstruowany system walki i rozwoju postaci. No i nie zapominajmy o genialnej muzyce, która przyprawiła mnie o łzy już w menu głównym! Gra nie jest zbyt trudna, ale bez robienia wszystkiego jej przejście zajęło mi blisko 60 godzin. Pograłbym więcej, ale z chęcią przejdę ją na 100% po zakupie pudełka.

 

Po usunięciu z karty pamięci FFIX, wgrałem sobie Suikoden (PS One). Jest to moje pierwsze spotkanie z tą odsłoną. Wcześniej, gdy jeszcze skupiałem się na grach z PlayStation 2 ukończyłem Suikoden IV (PS2) i Suikoden V (PS2) – w obu częściach pozostało mi zrobienie wszystkiego, co wiążę się z ponownym przejściem tych gier. Zrobię to po ukończeniu części 1-3, które nabędę cyfrowo z PS Store. Co do pierwszej odsłony – nie pograłem zbyt długo, bo tylko kilka godzin, ale podoba mi się to co widziałem. Fajny klimat i dobrze zapowiadająca się fabuła. Wcielamy się w bohatera, którego ojciec jest szlachetnym i jednym z najlepszym żołnierzy Imperium. Wspomniany ojciec wyrusza na specjalną misję, a jego syn wstępuje jako świeżak do armii. Na początku robimy jakieś mniejsze zadania wraz z jego przyjaciółmi, ale wkrótce bohaterom przestaje się podobać to co robią i wszechogarniająca korupcja Imperium. Decydują się więc na wstąpienie do Liberation Army, w której rządzić będzie oczywiście nasz bohater – w moim przypadku jest to Chris (nie, nie ma to nic wspólnego z moim prawdziwym imieniem, ale Piter go przecież nie nazwę!). Tak czy siak, widzę że to ten sam schemat zarówno fabularny jak i rozgrywki co w późniejszych odsłonach, choć pod nieco innym płaszczykiem. Nie uznaję tego za wadę, bo to dobry schemat. Po prostu poruszamy się po świecie gry odwiedzając kolejne miejsca i poznając kolejne osoby – niektóre z nich mogą się do nas przyłączyć, dzięki czemu będziemy mogli walczyć w ich towarzystwie. Z tego co się orientuję, takich postaci (łącznie z bohaterem głównym) jest 108. Ma to chyba związek z chińską legendą czy czymś podobnym, na której zresztą oparta jest cała seria. No i cóż, gra jest bardzo wciągająca. Rzadko zabieram się za granie w nią, ale jak już to na dłużej niż zamierzałem i tak naprawdę mogę. Na pewno będzie to lepsze od Grandii (PS One).


Dalej gram też w WRC 3: FIA World Rally Championship (PS3), ale od ostatniego odcinka nie mam nic do dodania. Gra mnie denerwuje, jest słaba, a zdobywanie tych całych gwiazdek to jakiś poroniony pomysł. Gram też z Asobu w Saints Row: The Third (PS3). Jesteśmy w końcówce drugiego aktu o ile się nie mylę i super gra się wspólnie. Żałuję trochę, że nie poczekałem do wspólnej gry zanim odpaliłem ją kiedykolwiek, bo w pojedynkę nie jest tak dobra. Bardzo lubię możliwości w przebieraniu postaci, modyfikowaniu aut (to robię najczęściej) i ogólnie bujaniu się po mieście w poszukiwaniu kolejnych rzeczy do zrobienia – choć raczej sprowadza się do podążania za ikonkami na mapie. Gra jest też łatwiejsza we dwójkę, ale mimo to mieliśmy kilka trudności, choć raczej w dodatkowych rzeczach, jak choćby w trybie Wypalanie Szlaku, gdzie jedziemy płonącym quadem – jedna osoba prowadzi i musi wjeżdżać w ludzi i samochody zyskując dzięki temu czas, który podliczany i dodawany jest przy checkpointach, a druga może nieco ułatwić zadanie o ile będzie trafiać koktajlem Mołotowa w ludzików i samochody. Tą drugą osobą byłem ja, no i… nie trafiałem za bardzo. W końcu się jednak udało i oboje mamy nadzieję, że nie będzie nic trudniejszego do zrobienia.

 

Wróciłem też do Ni no Kuni: Wrath of the White Witch (PS3), żeby w końcu zdobyć platynę. W sumie też niewiele pograłem, ale już widzę, że czeka mnie masa roboty z zadaniami dodatkowymi, poszukiwaniem skarbów i przede wszystkim znajdywaniem i kolekcjonowaniem potworków. Póki co nie mam nic więcej do dodania, a czas się też kończy. Tyle więc o grach.

FILMY
Obejrzałem ostatnio dwa filmy z lat 70. W sumie kino samochodowe. Jeden z nich to Bullitt (1968), który był inspiracją przy tworzeniu gry Driver (PS One). Film zasłynął za sprawą sceny pościgowej, która wniosła podobne sceny na nowy poziom. Reżyser pokazał co potrafi już w poprzednim dziele Robbery (1967), gdzie Peter Yates po raz pierwszy pokazał co potrafi, ale nie oglądałem (jeszcze), więc się nie wypowiadam. Dzięki temu został zauważony przez Hollywood. Bullitt opowiada o tytułowym detektywie, który za zadanie dostaje chronienie świadka koronnego. Panuje wokół niego niezłe zamieszanie za sprawą rzekomej kradzieży dokonanej na zasobach wielkiej korporacji, która chce go teraz wykończyć i odzyskać hajs. Intryga oczywiście mocno się zagęszcza i więcej przytaczać nie będę. Całość jest bardzo dobrze napisana i z przyjemnością śledziłem rozwój wydarzeń. Wisienką na torcie okazał się pościg samochodowy trwający prawie 10 minut. Ależ to było piękne! Dwa cudowne samochody i ich ryki, których nie zagłuszała żadna muzyka. Do tego jeszcze te odpadające kołpaki (tak, znów świetny Driver), no i całość świetnie zmontowana z ujęciami z wewnątrz auta oraz na twarze bohaterów, by ukazać ich skupienie i zimną krew gdy wjeżdżają w coraz to ciaśniejsze uliczki z coraz większą prędkością. Oczywiście były też ujęcia z zewnątrz. Całość rozgrywa się w San Francisco z tymi stromymi wzniesieniami. Film polecam, szczególnie komuś kto tęskni za podobnym kinem. Dzisiaj już tylko Szybsi i Bardziej Wścieknięci.

Głodny podobnych filmów stwierdziłem, że obejrzę Francuskiego Łącznika (1971). Polecono mi jednak Gone In 60 Seconds (1974) (tak, ten film w którego nowej wersji gra Nicholas Cage). Również świetny, ale całość już nie podobała mi się tak bardzo jak wspomniany wcześniej. To pewnie przez te dialogi, które nie były już tak sprawnie napisane, ale pościg trwający od połowy filmu wszystko nadrobił. Jakie to było piękne! Tym razem o wiele większy rozmach, więcej kolizji i przebytego dystansu. Kolejną różnicą była przygrywająca w tle muzyka i ukazanie wątków postronnych osób. No i w pościgu nie uczestniczyło tylko dwóch kierowców, a jeden uciekający przed ponad 15 radiowozami i nawet chyba śmigłowcem. Też świetne to było i teraz jest mi smutno, że nie mogę zagrać w Driver (PS One) albo Driver 2: Back on the Streets (PS One).

Tyle ode mnie, dzieciątka! Bawcie się dobrze i nie odlećcie za wysoko! Ja znikam.

Sonda - wypowiedz się!
Masz skrzydła na głowie? Takie z włosów.
Oceń notkę:
+ +14 -