Wyleciało mi z głowy kALWa888
13.05.2016, 19:04
WG #119
Terracon w bazie gier
WG #119
Nastają ciężkie dni dla graczy. Słońce zacznie świecić w telewizory, liście je zarosną, zwierzęta zasłonią swymi ogonami, lub rozdrapią skrzydłami. Teraz raczej prędzej wyjdziecie na rower, niż siądziecie w pokoju przed konsolą.

Tylko się nie zabijcie! Niech wam słońce łba nie przegrzeje, bo wjedziecie w jakąś dziuplę, czy rzekę, I ptaki, ryby denerwować będziecie. Mnie ta wiosna nic nie obchodzi, wszak gier na PSP życie nie przebije. Dlatego WG jest.

Chciałem to jakoś zacząć wesoło, ale słońce mnie razi po oczach, głowa boli, kawa nie pomaga, rolety też. Te rolety to chyba gorsze, zasłony były lepsze. Ciężkie, grube. Nic nie przepuszczały. Nawet człowieka jak chciał do okna iść.

Dobra, nie ma co ściemniać, to i tak nic nie da. Sporo gier mi się nazbierało. Zacznę od tych ukończonych, żeby było w miarę porządnie. Od ostatniego odcinka pisanego przeze mnie, ukończyłem MediEvil (PS One). Cudowna gra, co tu dużo mówić. Miejscami jest frustrująca, głównie przez nie do końca udane sterowanie. Daniel Fortesque często skacze za blisko lub za daleko, często też spada. Do tego ustawienie kamery przeszkadza w ocenie - ot, choćby na pirackim statku widmo. Jest tam moment kiedy musimy skoczyć na jedną z platform. Problem jest taki, że trudno ocenić jej położenie względem tej na której obecnie stoimy, bo ciągle zmienia swoje położenie i jest na innym poziomie. Kamera pokazywała to ze złej perspektywy, więc ciągle spadałem i albo traciłem sporo życia, albo czasu. Nieźle się denerwowałem wtedy. Na szczęście to zaledwie jeden moment, reszta gry jest ich w sumie pozbawiona. Jedynym co może sprawić podobną trudność to Pools of the Ancient Dead - lokacja w której pełno wąskich dróg otoczonych wodą. Nie sprawia to jednak aż takich trudności, bo wystarczy powoli się poruszać. No i cóż, takie to były gry. Często wymagały skupienia, czujności, wprawy. Podoba mi się też to, że przygody Dana to kawał zróżnicowanej rozgrywki. Poza elementami platformowymi i siekaniem umarlaków, mamy też księgi o ciekawej treści, czy zagadki w jednej z lokacji. Do tego jeszcze ten cudowny klimat wyrwany z najlepszych dzieł Tima Burtona i mamy dzieło niemal idealne. Chciałbym odświeżyć sobie jeszcze MediEvil 2 (PS One), ale obecnie nie miałem dostępu, więc zabrałem się za MediEvil: Resurrection (PSP) - remake pierwszej odsłony. No i znów trochę muzyki, bo tak dobrej nigdy zbyt wiele.


Nowa wersja tej kultowej i trochę zapomnianej gry wyszła naprawdę super. Powiedziałbym, że to prawie idealny remake. Zabrakło jednak większej wierności oryginałowi. MediEvil: Resurrection (PSP) ma nieco lżejszy i bardziej współczesny humor (nawiązanie do list przebojów) i trochę inny klimat, znów lżejszy. Z kolei takie gargulce,  które powinny pomagać bohaterowi, są jeszcze bardziej złośliwe i chamskie niż w oryginale, ale to zdecydowanie dodaje grze uroku. Trochę szkoda, że zabrakło niektórych lokacji, co nie do końca mi się spodobało, bo byłem ich ciekaw w nowej wersji. Na szczęście na ich miejsce pojawiły się nowe i dzięki nim nie jestem już tak zniechęcony do tego zabiegu. Jedna z nich oferuje możliwość zabawy w mini-gry. Spędziłem przy nich naprawdę sporo czasu, odblokowując najlepszą broń jeszcze przed ostatnią walką. Nie było to łatwe zadanie, bo jednocześnie starałem się o najlepszą ocenę. Niektóre z tych mini gier były naprawdę trudne, choć ich (niektórych w sumie) trudność malała wraz z postępem fabularnym i zdobywaniem coraz to lepszych broni. Wydaje mi się, że największy problem przysporzyło mi latanie z młotkiem i trzaskanie głów antagonisty wyłażących z otworów. Żeby osiągnąć najlepszy wynik nie można było żadnej pominąć, trzeba było więc nauczyć się wszystkiego na pamięć i wykazać odpowiednią zręcznością. Poza tym było jeszcze strzelanie z mini balisty do celów, ale to akurat uważam za bardzo przyjemne i dość szybko zdobyłem najlepszy wynik. A najlepsza broń? Przesadzona jak brutalność w kinie gore. Walka z jej użyciem była banalna, zajęła może 2 minuty. Ogólnie z uwagi na te mniejsze gry i bardziej rozbudowany system walki (bo, w oryginale żadnych kombinacji ciosów nie było), którego nie do końca ogarnąłem, gra wydawała mi się trudniejsza od pierwowzoru. Co prawda skakanie już nie frustruje tak bardzo, praca kamery też jest o wiele lepsza, ale są inne problemy, jak choćby nie do końca skuteczne namierzanie przeciwników. Chętnie zagrałbym kiedyś w reedycję HD z trofeami i wbił platynkę, ale pewnie mogę sobie równie dobrze czekać na kolejną część serii.


Przeszedłem też Max Payne (PC). W sumie gra nigdy jakoś szczególnie mnie nie zachwyciła do tego stopnia żebym nazwał ją arcydziełem (jak choćby pierwszą część Mafii). Na drodze stały mi głupie miny Maxa  i nie wiem, czy coś jeszcze. Pewnie te koślawe animacje bohaterów i pojazdów (które suną po jezdni i obracają się o 90° stopni w ułamku sekundy). Bullet Time uwielbiam od pierwszego momentu, w którym go ujrzałem. To przecież mistrzostwo świata, trudno o coś podobnego i tak dobrze zrealizowanego w grach. Grafika to też wysoki poziom, szczególnie jeśli dodamy do tego całą rozpierduchę jaka panuje podczas starć. No i to co mamy później – wszędzie pełno łusek, trupów, krwi, śladów po wybuchach. Cudo, choć w Mafii wyglądało lepiej (no ale nie porównujmy, ta gangsterska gra pojawiła się rok później i działała na innych zasadach). Dzisiaj w tej grze doceniam więcej elementów. Fabuła to nic nadzwyczajnego. To raczej hołd dla kina akcji z lat 90 i doceniam ją taką jaką jest – prostą, nieco kiczowatą i przesadzoną. Podoba mi się poetycki wydźwięk tych komiksowych przerywników oraz to łamanie czwartej ściany, które nie jest z kolei za bardzo natarczywe i dobrze pasuje do reszty. Podoba mi się również ten bardzo brudny i mroczny klimat. Pełno tutaj naćpanych szaleńców szepczących do siebie, krwi, strzykawek. Senne koszmary bohatera mogą przyprawić o gęsią skórkę. Takie klimaty lubię, aż chciałoby się zagrać w remake na silniku "trójki". Nie do końca jednak podobają mi się elementy platformowe. Nie pasuje to do koncepcji. Ponadto Max wygląda głupio skacząc po jakichś kontenerach czy poręczach (tak, poręczach – takich jak są przy schodach), by dostać się gdzieś wyżej. To pewnie znak czasów, ale totalnie nie pasuje w takiej grze, do takiej postaci.


Nie zabrakło i Max Payne 2: The Fall of Max Payne (PC). Jaka ta gra jest cudowna! Istny majstersztyk, kontynuacja idealna. Jest lepsza pod niemal każdym względem. Komiksowe przerywniki są jeszcze bardziej poetyckie, romantyczne. Może brzmi to źle, ale nie jest to żadne lepkie love story z ckliwymi momentami. Jest tak jak powinno być: mrocznie,  brudno i krwawo. Można też powiedzieć, że w produkcji panuje smutny nastrój, ale nie wynika to z bohatera – ten raczej jest obojętny, trochę jakby pogodzony z niesprawiedliwością losu. O tym, że będzie bardziej dołująco świadczyć może przewodni motyw muzyczny, brzmiący już w menu. Swoją drogą według mnie o wiele lepszy od pierwszego. Kontynuacja podoba mi się również dzięki poważniejszemu tonowi całości. Max nie robi już głupich min. Nie ma tyle łamania czwartej ściany, ale wciąż gdzieś się tam przewija. Klimat trochę się zmienił, nie jest już tak brudno i ćpunowato. Wciąż jednak odwiedzamy wiele zdezelowanych miejsc, a chaos jaki pozostawiamy po sobie wygląda obłędnie. Męczy jednak fakt (ale tylko odrobinkę), że często odwiedzamy jedno miejsce. Gra jest też trochę za krótka. No ale przy tylu wspaniałościach jakie gra oferuje, te wady to pikuś. W zasadzie krótkość zachęca mnie tylko do ponownego przejścia, tym razem na wyższym poziomie trudności. Gdyby nie sporo zaległości, to już bym się za to zabierał.


W końcu uporałem się z Grandia (PS One). Po tych ponad sześćdziesięciu godzinach miałem jej trochę dosyć. Gra niepotrzebnie się dłużyła poprzez pojawianie się wciąż nowych wątków, w momencie kiedy historia mogła zostać zakończona. Nie to, żeby fabuła była źle napisana, nudna. Jest dobra, trochę różni się od tego co dotychczas serwowano nam w gatunku. Z tego co wiem zamiarem twórców było sprawienie, żeby gracz poczuł się jakby uczestniczył w wielkiej przygodzie. Co prawda, nie czułem się jakbym wybył z domu i sobie wędrował po zapomnianych wioskach, ale zdecydowanie czuć, że tę przygodę bohaterowie przeżywają. Chodzi też o to, że sama przygoda nie jest skutkiem chęci uratowania świata. To bardziej na tej zasadzie, że Justin ratuje świat przy okazji, nie mając pierwotnie takiego zamiaru. To w sumie fajna odmiana, choć niewielka. Niestety nie grało mi się zbyt przyjemnie. Głównie dlatego, że gra przepełniona jest skomplikowanymi lokacjami. W przemierzaniu ich przeszkadza też niewygodna kamera – bo jakbym jej nie ustawił, zawsze coś tam będzie przeszkadzać, a trzeba tutaj zaznaczyć że mogłem jedynie obracać ją wokół osi, przy rzucie izometrycznym. Kolejnym nieprzyjemnym elementem jest system walki. W moim odczuciu jest trochę niedopracowany. Przede wszystkim dlatego, że działa na czymś podobnym do ATB – każda z postaci ma swój pasek i gdy się on napełni, będzie mogła zaatakować. Sprowadza się to jednak do tego, że często gdy zostajemy z jednym tylko przeciwnikiem i bohaterem, któremu już wydaliśmy rozkaz ataku, zostajemy zmuszeni do przerwania całej czynności, po to aby zaatakować kolejnym. Kończy się więc na tym, że to co mogło trwać 2 sekundy, trwa 15 bo musieliśmy każdej z postaci wydać rozkaz ataku, bo wszystkim w podobnym czasie napełnił się pasek. Jest to frustrujące, szczególnie gdy zależy nam na szybkich walkach podczas przemierzania lokacji, grindu, czy najzwyklejszej chęci zakończenia gry. Co prawda, w grze zaimplementowano całkiem dogodny system automatycznej walki, ale jak wiadomo nie jest to tak dobre, jak ludzka ręka. Mimo tych wad, gra mi się w sumie bardzo spodobała i byłem bliski ocenienia na 9 punktów. Bardzo podobały mi się animowane wstawki, dialogi i relacje postaci. Przypomniałem sobie jednak, że trochę miałem jej dość, że ma kilka nudnych momentów, mało prawdziwie dobrych utworów i jest zbyt długa. Daję więc o oczko lub połowę niżej. Teraz jestem bardzo ciekawy jak prezentuje się Grandia II (PS2). Chętnie kiedyś sprawdzę.


Zasmakowałem też Silent Hill HD Collection (PS3) i niestety nie było to dobre, mimo łatek które się zainstalowały. Nie chodzi mi nawet o zmienione głosy aktorów (Troy Baker totalnie nie oddaje tego szaleństwa jakie miał w sobie Sunderland - poprzedni aktor zrobił to idealnie), bo wciąż można wybrać oryginalne - przynajmniej jeśli chodzi o Silent Hill 2 HD (PS3), bo to właśnie ten tytuł ograłem. "Odświeżona" wersja boryka się z problemami z płynnością i brzydką jakością przerywników FMV. Oburzyłem się też kiedy usłyszałem, że dźwięki kreatur zostały zmienione. Tyczy się to szczególnie tych potworów, które "czołgały" się wychodząc spod samochodów. Niestety, dźwięk poruszania się na stojąco, też był inny niż w oryginale. Bardzo nie lubię takich zabiegów, choć wiem że pewnie wynika to z chęci odświeżenia również warstwy dźwiękowej. Niestety, ruch totalnie nietrafiony, mi to psuje przyjemność z gry, bo brzmi to tragicznie, nie przyprawia o gęsią skórkę jak powinno, a o zwykłe zażenowanie. Tyczy się to również utworów przygrywających w tle. Takich arcydzieł się po prostu, kurwa, nie rusza! No ale ukończyłem póki co jednokrotnie i mam zamiar postarać się w przyszłości o platynę. Nie polecam jednak nieznającym serii grać w ten remaster - lepiej odpalić sobie oryginał na PS2, albo wersję na PC z podłączonym padem.



Kilkukrotnie ukończyłem Silent Hill: Shattered Memories (PSP) i muszę przyznać, że jestem milusio zaskoczony. To naprawdę bardzo fajna gra, która niestety boryka się z jednym znaczącym problemem, który fajny okazuje się jedynie w teorii. Chodzi o to całe uciekanie przed maszkarami, i nie możność walki z nimi. Wszystko byłoby fajnie, ale jest to niestety źle zrealizowane. W trakcie uciekania musimy znaleźć sposób na wydostanie się z koszmaru. Co ciekawe, możemy w tym czasie korzystać z mapki, ale wtedy postać zwalnia kroku i nie jest to zbyt dogodne, bo zaraz "przytuli" nas jakiś potwór. Przeciwników nie można się w żaden sposób pozbyć. Można ich odpędzić racą, można zwalić mebel, by odrobinę ich zwolnić, ale niewiele to zmienia. Korzystanie z mapy też nie pomaga na tyle jak sobie wyobrażałem na początku, bo po przemianie lokacje nie odpowiadają temu co przedstawia mapa. Na szczęście szlaczkiem zaznaczona jest droga którą przebyliśmy, możemy się więc przekonać o tym, że kręcimy się w kółko. Można też chować się w szafie albo pod łóżkiem, ale nie ma to sensu, bo paskudy i tak wiedzą, że tam jesteśmy, więc albo będą czekać na Harry'ego albo po prostu wyciągną bohatera z kryjówki. Często też przechodziłem już niby przez drzwi, ale animacja została nagle cofnięta i okazywało się, że na plecach mam potwora i wcale nie przeszedłem przez żadne drzwi. Denerwujące, ale można się przyzwyczaić. Gra na szczęście nadrabia ciekawym systemem psychologicznym. Fabuła podzielona jest na coś w rodzaju etapów. W jednym z etapów eksplorujemy miasteczko, a w drugim uczestniczymy w sesji psychoterapeutycznej. Na samym początku gry dostajemy do wypełnienia arkusz, na którym musimy odpowiedzieć na pytania. Dotyczą one naszej osoby (wybieramy np., czy kiedykolwiek zdradziliśmy swojego partnera, czy jesteśmy osobami przyjaznymi itp.). Można to zrobić zgodnie z prawdą, albo dopasować do tego zakończenia, które chcemy zdobyć, no ale wiadomo że za pierwszym podejściem odpowiada się tak jakby się odpowiadało na sesji. W późniejszych etapach pojawia się więcej pytań. Są też przeróżne zadania, jak odróżnianie na którym z rysunków jest osoba martwa albo śpiąca. Wszystkie nasze działania, nawet to gdzie się patrzymy podczas sesji wpływa na zakończenie gry. Podobnie jest podczas eksploracji, gdzie również możemy wpatrywać się w przeróżne rzeczy jak np. erotyczne obrazy, czy alkohol i to również wpłynie na zakończenie. Co ciekawe, zakończenie jest dwuczęściowe. W pierwszej jego części widzimy część właściwą, ta druga to pamiątkowe nagrania wideo. Bardzo fajny patent i cieszę się, że trafił do tej właśnie gry, bo do tej serii bardzo fajnie to pasuje. Kiedyś jak gra miała swoją premierę, narzekałem że klimat się zmienił z tego krwawego na lodowaty, ale tutaj bardzo dobrze się to sprawdza. Nie jest to wszystko nachalne, klimat jest bardzo wysublimowany. Fajnie też (nawet na PSP) prezentują się przemiany świata, kiedy wszystkie elementy otoczenia obrastają lodem, a co niektóre (jak latarnie uliczne) uginają się pod jego ciężarem. Niestety, gra nie wzbudza uczucia strachu. Często grałem w nocy (czekałem do tej pory, bo jasne pomieszczenie, ciemna gra i ekran PSP nie jest dobrym połączeniem) i niestety, ani razu nie byłem przestraszony. Miałem jakieś małe ciarki pod wpływem słyszanych dźwięków, czy chorej muzyki, ale to znów zasługa genialnego Akiry Yamaoki. Grę polecam, ale podejrzewam że wersja na Nintendo Wii jest tą jedyną słuszną. 

 

No i w końcu pora na grę z okładki, czyli Terracon (PS One). Produkcja, z którą po raz pierwszy zetknąłem się lata temu, kiedy to mój ojciec zakupił PS One i płytkę z demami, na której była grywalna demonstracja tejże właśnie gry. Od pierwszych chwil byłem zachwycony i od razu zapragnąłem pełnej wersji. Zachwyciło mnie wszystko, począwszy od grafiki, a na muzyce i rozgrywce kończąc. Dzisiaj równie mocno zachwyca, ale scenki i ten fikcyjny język (tak mi się wydaje), którym posługują się bohaterowie raczej śmieszy, podobnie jak czasem ekspresje postaci. Fabuła zaczyna się bardzo dramatycznie, później niestety trochę się uspokaja i przerywniki zbiegają się raczej do tłumaczenia niuansów systemu gry i przedstawienia kolejnych zadań. Śmiało mogę więc powiedzieć, że fabuła to póki co najsłabszy punkt tej gry. Jako najmocniejszy wymieniłbym muzykę, bo ta jest naprawdę super, a co jeszcze lepsze wszystkie dostępne są na płycie z grą w formie audio. Można więc zgrać sobie na mp3/flac albo odpalić na dowolnym odtwarzaczu CD i dać się ponieść. Jeśli miałbym określić gatunek to jest to jakieś połączenie nieco wojennej, marszowej symfonii z elektroniką nawiązującą do kosmosu i motywami etnicznymi. Oczywiście wszystko świetnie pasuje do odwiedzanych lokacji. Co do samej rozgrywki – ta polega na lądowaniu na planecie, później odpowiednim miejscu gdzie musimy wykonać jakieś zadanie. Może to być zdobycie jakiegoś surowca, zniszczenie wrogiej jednostki i tym podobne. A lądujemy na różnych planetach. Może to być Mars, Wenus, Uran. No i ogólnie wcielamy się w ufoludka, tak jak widać na okładce. Do dyspozycji mamy broń, która strzela kolorowymi laserami. Broń ta nie służy tylko do zabijania. Laser o odpowiednim kolorze wypełni szkielet konstrukcji – może to być platforma na którą później wskoczymy, albo jakiś generator. Najpierw jednak musimy zebrać energię o odpowiednim kolorze. Z czasem wszystko staje się coraz bardziej skomplikowane. Możemy też korzystać z pojazdów, czy jakichś stacjonarnych broni. Lokacje są bardzo obszerne i tętnią życiem – gdzieniegdzie biegają spłoszeni tubylcy, w wodzie pływa sobie rekin, nad nami latają ptaki. Do tego jeszcze zmienia się pora dnia i pogoda! Naprawdę super gra. Dziwię się że jest tak niedoceniona i zapomniana. Może byłaby bardziej znana, gdyby pojawiła się nie tylko w Europie. To pierwszy raz kiedy świadomie spotykam się z grą (tak, spotykam się z grami) wydaną tylko na starym kontynencie. Szkoda, że gry nie ma w PlayStation Store, odesłałbym Was tam żebyście pobrali i grali aż Wam pitok odleci ze szczęścia. No ale jeśli Was zachęciłem to pudełkowa wersja wciąż pojawia się czasem na portalach aukcyjnych i nie jest droga. Ja niestety posiadam egzemplarz holenderski, ale sama gra jest po angielsku. Więc cisnę jak woriat!!!!! No i właśnie taki mam plan na ten weekend.


MUZYKA
Die Antwoord wypuściło nowy kawałek!!! Nowy album coraz bliżej i na zachętę dostaliśmy małą jego próbkę. Szczerze to szału nie robi, no i nie spodziewałem się takiego brzmienia (jeszcze bardziej zielonego - nie wiem jak Wy, ale ja mocno kaszlałem od dymu wydobywającego się z głośników). Utwór jest bardzo fajny, ale mam nadzieję, że na płycie znajdzie się coś bardziej energicznego i popierdolonego, tak jak było na poprzednich trzech albumach! No i czy okładka tego singla nie jest urocza?



FILMY
Tych trochę ostatnio obejrzałem. Nie będę wszystkich opisywał, bo będę to pisał do następnej soboty i mi psy wyschną ze smutku. Zacznę od dwóch filmów Rodrigueza, czyli Maczeta (2010) i Maczeta Zabija (2013). Oba filmy bardzo mi się spodobały, ale "jedynka" jest o wiele lepsza. To prawie idealna komedia akcji. W sumie to zabrakło tylko ciut lepszych efektów i może mniej kiczowatych momentów gdzieniegdzie, ale ogólnie bawiłem się świetnie. Uwielbiam to przesadzone udźwiękowienie maczety rozcinającej ciała, krwi chlapiącej na ściany, odcinanych głów. Krew chlapie niemal poetycko i super wygląda. No ale nie tylko sceny rzeźni są fajne w tym filmie. Jest dużo zabawnych tekstów, absurdalnych sytuacji i pomysłów Maczety na wykończenie swoich przeciwników (te nożyce chirurgiczne na łańcuchu i jelito-lina). Spodobała mi się też obsada aktorska. Pojawił się nawet sam DeNiro w roli ksenofobicznego kandydata na prezydenta, który imigrantów rozstrzeliwał pod osłoną nocy. Trudno pisać o tym filmie i nie spojlerować, dlatego w tym momencie kończę. Dwójka spodobała mi się już mniej. Nie była tak zabawna, a kicz wspiął się już na ten ciut zbyt wysoki poziom. Mimo wszystko bardzo dobrze się bawiłem, ale nie jest to tak dobre jak jedynka. Choć burdelmama strzelająca cyckami... No, ciekawe.


Kolejnym filmem który obejrzałem jest Cloverfield Lane 10 (2016). Nie wiedziałem czego się spodziewać po tym filmie. Nazwa przyciągnęła moją uwagę, bo od razu przypomniała mi o filmie Cloverfield (2008) - polski tytuł to Projekt: Monster, o wielkim potworze atakującym bodaj Manhattan. Całość była kręcona w stylu Rec i bardzo mi się spodobała. Ludzie coś mówią, że ten film z 2016 roku to jakiś prequel czy coś, ale jakoś nie potrafię na to spojrzeć w ten sposób. Totalnie mi to nie pasuje. Tak czy siak, scenariusz polega na tym, że kobieta po wypadku samochodowym budzi się w piwnicy u jakiegoś gościa. Jest przykuta łańcuchem i zamknięta na cztery spusty. Pojawia się gospodarz i twierdzi że uratował ją przed zagładą, bo na zewnątrz miał miejsce jakiś atak biologiczny czy coś, a on ma tu schron i niech będzie wdzięczna. Następnie akcja rozwija się w ten sposób, że widz nie jest pewny czy ten człowiek to szaleniec chcący sobie uchować rodzinkę, czy na zewnątrz faktycznie coś się stało. Moja wersja przed końcem filmu była taka, że był stuknięty i że na zewnątrz faktycznie coś się stało. Końcówka jednak bardzo mnie zaskoczyła, ale niestety wątek z niej został biednie poprowadzony, przez co z oceny 8 zjechałem do 6 i z kina wyszedłem nieco rozbawiony (bo to ten rodzaj złego zaskoczenia, że śmiejesz się z szoku) i lekko zawiedziony. Poza tym Goodman (grający Flinstone'a) nie za bardzo pasował mi w roli psychopaty.


Kolejny film, który chciałbym opisać to Zombieland (2009). Stęskniłem się za lekkimi, familijnymi komediami gore. Naprawdę, brakowało mi tego. Film urzeka od samego początku, kiedy młody sisiok opowiada o jego sposobach na przetrwanie. Całość jest fajnie przedstawiona, bo widać co się dzieje jeśli ktoś tych zasad się nie trzyma. Później jest jeszcze lepiej, bo na scenie pojawia się Harrelson w roli szalonego kowboja zabijającego zombie z finezją i szaleńczym śmiechem na ustach. No i sobie oglądałem perypetie tego duetu, później doszła kolejna dwójka bohaterów i było jeszcze fajniej. Zrobiło się nawet trochę romantycznie, momentami było też kiczowato. Z kolei scena w wesołym miasteczku, gdzie kowboj zamknął się w budce z misiami i przy epickiej muzyce wybił jakieś 60 truposzów, wzruszyła mnie do łez. Naprawdę, takie to było cudowne. Film mógł być brutalniejszy (scena w markecie i z nożycami ogrodowymi, ale wiąże się to właśnie z targetem niestety). Chcę więcej takich filmów!


No i w końcu, ostatnia rzecz którą dzisiaj opiszę! Miałem okazję obejrzeć film Davida Finchera - jednego z moich ulubionych reżyserów. Na swoim koncie mało ma produkcji, ale każda stoi na naprawdę wysokim poziomie. Taki był też Zaginiona dziewczyna (2014). Co prawda, filmowi można wiele zarzucić jeśli potraktować go jako typowy thriller z jakąś tam tajemniczą intrygą. Wydaje mi się jednak, że jest to zgrabna satyra amerykańskiego społeczeństwa i mediów. Porusza też temat małżeństwa. Jeśli zaś potraktować go jako thriller, można znaleźć masę luk czy jakichś nielogicznych zachowań. Mi się jednak bardzo spodobał, dałem mu 9/10 choć wahałem się czy nie będzie bardziej sprawiedliwie jak postawię 8. Jest to jednak zbyt dobrze zrealizowany obraz i ma super muzykę, którą zachwycałem się już podczas seansu. Fincher świetnie buduje też klimat i intrygę. No i te piękne zdjęcia oraz szokujące sceny. Na pochwałę zasługuje też postać Amy, naprawdę super zagrana i ciekawa postać. Poniżej próbka ścieżki dźwiękowej.


No i to tyle ode mnie, koleżkowie. Zostawiam Was z sondem najwyższym i tym czymś co tutaj napisałem. Ja pewnie obejrzę Pachnidło: Historia Mordercy (2006) i Obecność (2013) oraz pogram trochę w jakieś gry. Może zdobędę resztę zakończeń w Silent Hill: Shattered Memories (PSP), a może skupię się na Terracon (PS One). Wam życzę udanego weekendu i owocnych komentarzy, abym miał co czytać się nie zanudził! na śmierdź

Sonda - wypowiedz się!
Co te zwierzęta?
Oceń notkę:
+ +11 -