Wyleciało mi z głowy kALWa888
08.04.2016, 23:20
WG #115
Spyro: Year of the Dragon w bazie gier
WG #115
No i znów macie okazję spojrzeć na wylew mojego mózgu! Cieszycie się?! Ja chyba niezbyt, bo wolę mieć zamkniętą głowę, ale nie ma co przedłużać.

Hm, chyba zacznę tak jak zwykle, bo jaki mam tutaj wybór? Poza tym, trudno mi sprecyzować jak miałoby wyglądać to „zwykle”. Mniejsza o to. Od ostatniego odcinka WG ukończyłem dwie gry. Najpierw zacznę od tej najważniejszej, czyli Crisis Core: Final Fantasy VII (PSP). Naprawdę świetna produkcja, choć nie zabrakło jej niewielkich (w sumie) wad. Tyczą się głównie warstwy fabularnej, bo pojawiły się wątki/postacie niepotrzebne, a wątki tych ważniejszych, wszystkim znanych, zostały zepchnięte na dalszy plan, bądź zostały za mało rozwinięte. Nie chcę psuć nikomu zabawy, albo zniechęcać, więc postaram się nie psioczyć, czy siać spoilerami. Otóż, nie za bardzo przypadła mi do gustu postać Genesisa, ale nie jest to znów typ postaci, który mnie drażnił, czy w ogóle wpływał na moje emocje. Jego losy były mi obojętne, co świadczy źle albo o mnie, albo o twórcach. Wybierzcie sobie wygodniejszą opcję, ja nie mam chęci i siły na to. Podobało mi się to jak się wysławiał – najczęściej cytował dzieło Loveless, jego ulubioną sztukę (pewnie większość z Was, nawet jeśli nie grała w omawiany twór na PSP, to pewnie kojarzy skądś tę nazwę, o ile mieliście styczność z najważniejszą odsłoną spośród wszystkich należących do Final Fantasy VII Compilation). Mówił więc jak poeta, co w sumie fajnie brzmiało. Z drugiej strony mamy kolejną nową postać jaką jest Angeal. Zdecydowanie jedna z lepszych. W scenariuszu pełni rolę kogoś w rodzaju mentora (ach, te stare odsłony serii, gdzie w zasadzie zawsze pojawiał się wątek mistrza i ucznia, w Final Fantasy XV (PS4) pewnie tego nie będzie) Zacka, ale znów nie był przemądrzały, czy niepozytywny. Może za dużo mówił o honorze, ale z drugiej strony imponował stoickim spokojem i wielkimi umiejętnościami. Wątek tej postaci bardzo mi się spodobał. Był jeszcze Sephiroth (nie, nie jest to żaden spoiler, bo postać pojawia się choćby na ikonce zapisu stanu gry), którego wątek był znów za mało rozwinięty. Liczyłem, że rozbudują go bardziej, bo w Final Fantasy VII (PS One) wątek jego kryzysu, też nie był wystarczająco rozbudowany. No i pojawił się Cloud (mój ulubieniec z głównych postaci „siódemki” – z tych dodatkowych najbardziej lubię Vincenta, ogólnie jego lubię najbardziej, ale przez to że jest dodatkową postacią, wcale nie muszę go brać pod uwagę, prawda?) i tu znów mamy małą wadę, bo jego relacja z głównym bohaterem nie została w grze odpowiednio rozbudowana. Na szczęście scenariusz nadrobił naprawdę wieloma pięknymi scenami i choćby zakończeniem, które mnie… wzruszyło. Tak, taką jestem właśnie mazgają. Płakałem, darłem ryja i rozwalałem pokój trzymając w jednej dłoni PSP i czasem zerkając na ekran. TAK MNIE UDERZYŁO TO ZAKOŃCZENIE!!! …że się przewróciłem i popękałem sobie kolano. (Dobrze, że nikogo w domu nie było, bo doświadczyłbym upokorzenia.) Tyle o fabule i w sumie o tej grze, bo o reszcie już pisałem i nic się od tamtej pory nie zmieniło. Przeszedłem grę na normalnym poziomie trudności z 20% zrobionych zadań dodatkowych. Teraz czeka mnie przeprawa przez poziom Hard, ale tyle dobrego, że mogę zacząć z tym samym poziomem doświadczenia z którym ukończyłem oraz całym ekwipunkiem. Szkoda tylko, że wszystkie zadania muszę wykonywać od nowa, ale z drugiej strony dobrze że nie zrobiłem wszystkich na Normal, bo byłby płacz. Śmieszne (nie dla mnie) jest to, że potrafię zginąć na misji ocenionej na Easy – bo każde z zadań jest sklasyfikowane pod względem trudności, ale ulega to zmianie wraz z naszym doświadczeniem. Parcie do przodu w scenariuszu idzie mi bez najmniejszych problemów, ale te zadania… Ojezusiesłodkikróluniebieskijakżetoboli.

 

Ukończyłem również (tak, udało mi się ukończyć więcej niż jedną grę, juuupiii!!!!) Resident Evil 2 (PS One), które zacząłem jakiś czas temu na PS3. Wtedy poznałem cały scenariusz Leona i z tego co pamiętam, było to lepsze doświadczenie niż Resident Evil: Director's Cut (PS One), w którym jakiś czas temu zdobyłem (chyba) wszystko oprócz zakończeń (nie jestem pewny czy to „wszystko” tyczy się obu postaci, czy tylko jednej – ach, ta moja cudowna pamięć). Odkrycie wszystkich zakończeń zostawiłem sobie na przyszły maraton z całą serią, kiedy będę przechodził kolejno wszystkie części począwszy od Resident Evil Zero HD Remaster (PS4) i każdy kolejny remake (tak, mówię również o Resident Evil 2 Remake (PS4)). Wspaniale, prawda? Wieeem, też się cieszę. Obecnie nic nie pamiętam z tego scenariusza Leona, no może kilka scen. Bardzo fajnie mi się w to grało, mimo całej toporności. Tylko właśnie… nie ja mówię tu o toporności (może ona faktycznie jest, ale ja jej nie dostrzegam). Może ta gra ma mniej przyjemne sterowanie niż taki Resident Evil 6 (PS3), ale nadrabia ogromną miodnością jaką może zaoferować graczom. Dlatego gra się w to lepiej. Mimo zamkniętych, korytarzowych lokacji, świat zwiedzałem z wielkim zainteresowaniem, zaglądając w każdy kąt i ciesząc się ze znalezionych przedmiotów, czy była to amunicja, czy kolejny element układanki. No i właśnie, te układanki to jedna z najlepszych rzeczy jakie przytrafiły się grom. Szkoda, że dzisiaj tego nie ma, albo prawie nie ma. Co do fabuły – bądźmy szczerzy, to chyba nigdy nie był mocny punkt tej serii. Raczej typowa rzecz, pewnie dlatego też niewiele z niej pamiętam. Kurde, niewiele pamiętam ze scenariusza Claire (w wersji B), który ukończyłem przecież maksymalnie dwa dni temu. Niemniej, znów grało mi się wyśmienicie mimo początkowych trudności. Prawda, jak się trochę przestanie w podobne gry grać, to trzeba się tego uczyć, ale niekoniecznie od nowa. To raczej przypomnienie, bo przecież z graniem jest jak z jazdą na rowerze. Najgorsza w tym wszystkim jest niska ruchliwość postaci, ale i to można wykorzystać na własną korzyść poprzez odpowiednie manewrowanie. Największy problem miałem z psami, bo te biegają jak szalone i do tego jeszcze skaczą. Na szczęście nie trzeba celować dokładnie w nie, a raczej przed siebie, byle w dobrym kierunku i na czas. Dalej jednak nie umiem zabijać nożem bez ogromnych strat w zdrowiu bohaterów, więc ten zawsze chowam do pierwszej skrzyni na jaką trafię. No i poza mierną fabułą i kiepską grą aktorów głosowych (te przesadzone, sztucznie brzmiące kwestie – miodzio), mamy przede wszystkim świetny klimat, aczkolwiek te laboratoria z mechanicznymi drzwiami bardziej pasują mi do Dino Crisis (PS One). Sam nie wiem czemu, chyba zawsze po prostu wyobrażałem sobie RE w tym mieście, bądź opuszczonej posiadłości. No i to tyle w sumie o tej grze. Cieszę się, że w końcu nauczyłem się w to grać, bo jeśli ktoś mówił „surwiwal horror” to ja odpowiadałem „sajlent hil” – a te dwie serie działają na skrajnie innych zasadach. Ogólnie polecam, Resident Evil 2 (PS One) to kawał świetnej gry, ode mnie 9/10.

 

Krótko wspomnę jeszcze o ukończonym niedawno Spyro 2: Gateway to Glimmer (PS One). Nie jest taki dobry jak prawie idealna „jedynka”, i jest w moim odczuciu o dwa stopnie niżej od uwielbianej przeze mnie „trójki”. To przez to, że lokacje często wydawały mi się przekombinowane, podobnie jak fakt, iż za likwidowanie przeciwników nie dostajemy diamentów, a możliwość skorzystania ze specjalnej mocy. Problem był taki, że nie od razu dało się wszystko zrobić i gdy później już wracaliśmy się do danego poziomu, by coś dokończyć, znów musieliśmy pozbywać się adwersarzy. Nie było to jakoś super straszne, ale mimo wszystko trochę mi przeszkadzało. No i zabrakło mi dodatkowego poziomu (albo ja takiego nie znalazłem), który obecny był w Spyro the Dragon (PS One) i przyczynił się do podwyższenia licznika ukończenia do 120%. Tego w drugiej części nie ma. Zamiast tego jest magiczny portal, który daje nam możliwość strzelania ognistymi kulami w nieskończoność. W sumie to jest jakby dodatkowa lokacja, ale możemy tam jedynie pobawić się w kilka prostych gier i wygrać wejściówkę do kina, gdzie możemy ponownie obejrzeć wszystkie scenki. Jakoś wolałem jednak kolejny poziom, w którym mógłbym sobie pozbierać diamenty. No i mimo wszystko, jakoś nie mogłem się wciągnąć, było trochę nudno. Zacząłem jednak Spyro: Year of the Dragon (PS One) i tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że to idealny przykład „otwartej” platformówki. Wszystko jest lepsze od tego co serwowały nam poprzednie części. Świetnie skonstruowane lokacje, dużo różnej muzyki (w poprzedniku miałem wrażenie, iż utwory są wykonane na „jedno kopyto”), no i ta frajda ze szperania w poszukiwaniu kolejnych diamentów i smoczych jaj. Są też inne grywalne postacie poza naszym fioletowym smokiem. Najbardziej do gustu przypadły mi poziomy, w których kontrolujemy Bentleya – wielkiego stwora przypominającego Yeti z maczugą. Poza tym możemy też sterować ptakiem, który do dyspozycji ma małą wyrzutnię rakiet i skrzydła które zabiorą go wszędzie. Możemy też wcielić się kangurzycę i nawet Sparxa – ważkę, która do tej pory była jedynie wskaźnikiem zdrowia i raczej biernym towarzyszem. Przede mną jeszcze trochę grania, ale mam za sobą jakieś 70% gry, gdzie większość poziomów ukończyłem na 100%, a obecnie jestem w końcówce trzeciego z czterech dostępnych światów. Kompletowanie kolejnych poziomów to czysta przyjemność i to mój główny cel na ten weekend.

 

Oprócz tego gram sobie w MediEvil (PS One) w ramach odświeżenia przed MediEvil: Resurrection (PSP) – rimejkiem pierwszej części, o której niedawno pisał Laughter w WG#którymśtam. Pamiętałem mniej niż mi się wydawało. W pamięci najbardziej utkwiła mi muzyka, dlatego też ciągle nuciłem sobie kolejne kawałki. Za sobą mam dopiero kilka poziomów, więc niewiele. Najbardziej dokuczliwa jest praca kamery, a ze względu na ograniczenie PSP jakim jest brak spustów, steruje się nią niewygodnie – obecnie robię to drążkiem analogowym, więc niemożliwe jest jednoczesne poruszanie się i obsługiwanie kamery. Nie mam jednak chęci na to, by porozmyślać nad lepszym ustawieniem sterowania i w sumie nie gra się tak źle. Trochę zdenerwowałem się przy próbie pokonania Queen Ant, bo zmiotła mnie swoimi atakami, niczym kruchego psa. Przy tym zaznaczę, że mrowisko nie jest przyjemne w eksploracji – to bardziej jak ciemny labirynt, więc sporo się kręciłem zanim dotarłem do królowej mrówek. Oczywiście, przegrana w walce zaprowadziła mnie do ekranu wczytywania gry, a jak pewnie się domyślacie, w trakcie przemierzania mrówkowego królestwa, zapisać nie mogłem. Mimo wszystko niebawem do tego wrócę, gdy Spyro 3 mnie zmęczy.

 

FILMY
To tyle o grach. Obejrzałem dwa filmy, a jeden z nich był naprawdę wyśmienity. Mowa o obrazie jakim jest Brud. Spodobał mi się od samego początku ze względu na chwytliwe i cyniczne wypowiedzi głównego bohatera i ogólnie świetne dialogi, a później było tylko lepiej. Trzeba tutaj jednak zaznaczyć, że film z początku wydaje się czymś w rodzaju gangsterskiej komedii, a od połowy staje się wręcz patologicznym dramatem. Dla mnie to ogromny plus, bo bardzo sobie cenię umiejętne łączenie gatunków. Poza tym, film ma wiele absurdalnych i zdaje się wyjętych z kontekstu scen, a to podoba mi się jeszcze bardziej. Rzadko się z tym spotykam (ostatnio widziałem to w świetnym obrazie Birdman), a umiejętne zastosowanie podobnego zabiegu raczej nie jest łatwą sztuką i często spotyka się z krytyką (w przypadku Brudu z tego co widzę, też tak jest). Film warto obejrzeć, ale ostrzegam, że jest specyficzny i nieco przytłaczający. Wulgarny humor pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Ja czułem się jak w domu. Albo nawet lepiej.

 

Drugim filmem była Szklana Pułapka. Tak, widziałem ten film po raz pierwszy w życiu. Przynajmniej świadomie. Świetny film, ale nie zabrakło mu wad. Nie jestem jednak pewny, czy cechy, o których mówię można takowymi określić, bo mogą być po prostu czymś, czym w tamtym czasie (1988 rok) charakteryzowało się kino akcji. Moją uwagę przykuł fakt, że w tym filmie znalazło się miejsce na niemal każdego rodzaju scenę. Oczywiście było dużo strzelania, ale nie zabrakło też momentów, w których bohater kombinował i skradał się. Były też momenty zabawne, a nawet ckliwe. Przyznam też, że zakończenie lekko złapało mnie za serducho. No i było pełno one-linerów, tych śmiesznych jak i mniej. To ma swój urok, tym bardziej jak takiego Johna McClane’a gra Bruce Willis. Niedługo zabiorę się za drugą część filmu i coś czuję, że będzie lepsza, ale zobaczymy.

 

Tyle ode mnie! Bawcie się dobrze gdziekolwiek jesteście.

Oceń notkę:
+ +11 -