Wyleciało mi z głowy kALWa888
01.04.2016, 19:44
WG #114
Crisis Core: Final Fantasy VII w bazie gier
WG #114
No i znów jestem! Pewnie cieszycie się, że po raz kolejny będę pisał o swoich przygodach z trofeami i męczeniem Kingdom Hearts w celu zdobycia platyny! Inaczej być nie może, moje życie bez przygód Sory, Donalda, Goofy’ego i reszty bohaterów byłoby puste niczym butelki whisky opróżniane przez Maxa Payne’a!

Żartowałem. Wciąż nie mam dostępu do telewizora, więc na PS3 nie gram. Nie mogę więc zdobywać trofeów, czego pewnie domyśleliście się po pierwszym zdaniu (hehe, cwaniaczki). Na szczęście poza graniem i kolekcjonowaniem nieprzydatnych trofeów, z których nie mogę choćby przetrzeć z kurzu (i ucałować przed pójściem spać), istnieją inne rzeczy, które potrafię i lubię robić. Jest to też coś więcej niż przesiadywanie w studni i degustowanie gęstego i lepkiego wina. Lubię i umiem biegać po łąkach, krzyczeć do latających psów, tańczyć z uśmiechniętymi końmi i głaskać chodniki. Wszystko to jest cudowne i wprowadza w moje życie trochę światła i radości! Wciąż jednak muszę grać. Na szczęście mam taką możliwość, dlatego też właśnie siedzę przy klawiaturze i opowiadam Wam o intymnych szczegółach z mojego życia. Zatem, skoro dwa wstępy mamy już za sobą, mogę przejść do rzeczy. Tak jak zwykle.

Zacząłem grać w Tales of Phantasia (PS One). Pierwszą odsłonę serii, która na PlayStation One wyszła tylko w Japonii. Jeśli chodzi o Europę, to wspomniana gra pojawiła się na jej terenie jedynie w wersji na GameBoy Advance. Nie posiadam niestety ani tej przenośnej konsoli, ani gry na nią, więc korzystam z dobrodziejstw fanów, którzy przetłumaczyli mi (tak, nikomu innemu) wersję na szaraka z japońskiego na angielski (żadnego z tych języków nie rozumiem, ale lepszy angielski niż jakieś chińskie krzaki). Nie znam serii zbyt dobrze. Do tej pory grałem jedynie w Tales of Xillia (PS3) i Tales of Xillia 2 (PS3). Bardzo dobre gry, ale ich scenariusz i klimat wydają mi się gorsze od tego co oferuje pierwsza odsłona. To pewnie dlatego, że jestem wstrętnym zgredem i zgrzybiałym staruchem o krzywych plecach i wygiętych nogach, który niezmiennie lubuje się w starociach i nie potrafi bawić się nowymi zabawkami. Tak właśnie, wolę konie niż samochody! Ich oldschoolowe rżenie wprawia me zmarszczone ciało w drżenie. Ekhm… Będąc jednak poważnym (starcowi wygłupianie się nie przystoi), uważam „jedynkę” za lepszą głównie z uwagi na klimat i bardziej dramatyczną fabułę. Podobają mi się też nawiązania do klasyków literatury grozy oraz fantastycznej. Mamy więc Necronomicon (tak, księgę powstałą w umyśle Lovecrafta), jak i choćby Morię, do której zaprowadził bohaterów Władcy Pierścieni sam Tolkien we własnej osobie. Opowieść jest dość typowa, bo wciąż dotyczy ratowania świata. Dużo się jednak dzieje, dzięki czemu nie jest nudno i całość szybko nabiera tempa. Nie jest to też poziom Final Fantasy IV (PS One), w którym znów było za dużo epickości i dramatyzmu. Wydaje mi się że twórcy ToP zachowali lepszy balans w tym wszystkim.


Ciekawie prezentuje się też rozgrywka. Mamy typowe dla gatunku przebywanie w miastach, wioskach, rozmawianie z kluczowymi postaciami oraz robienie zakupów. Są też tzw. lochy, czyli lokacje, w których w głównej mierze walczymy z przeciwnikami, zbieramy skarby i na końcu pokonujemy bossa. Pomiędzy tym wszystkim jest trójwymiarowa mapa świata (gdzie reszta świata gry jest przedstawiona w rzucie izometrycznym i grafice 2D), na której również napotykamy przeciwników. Ciekawostką na tle gatunku, jest możliwość odsłuchania dialogów pomiędzy bohaterami – coś co zachowało się w serii do dzisiaj. Rozmowy dotyczą ostatnich wydarzeń fabularnych, ale nie tylko, bo czasem są to luźne rozmowy, dzięki którym bohaterowie mogą się lepiej poznać. Rozmowy te można uskuteczniać tylko na mapie świata. Bardzo fajna sprawa, z której często korzystam. Jedyne czego brakuje, to możliwość poruszania się podczas odsłuchiwania tych ciekawostek.


Nowością (tym bardziej że gra pojawiła się pierwotnie na SNES w 1995 roku) jest też system walki (albo tak mi się wydaje, spec ze mnie żaden). W przeciwieństwie do tego co oferowała najpopularniejsza seria jaką była wtedy Final Fantasy, w Tales of Phantasia (PS One) walczymy w czasie rzeczywistym. Wciąż nie widzimy przeciwników na mapie (tak jak chociażby w Chrono Trigger (PS One)), wciąż walki następują losowo, ale nie ma już tej prędkości, z której słynie granie w szachy z babcią przy pączkach i gorącej herbacie. Sterujemy głównym bohaterem, który do dyspozycji ma normalne oraz specjalne ataki fizyczne. Nad resztą zawodników nie mamy pełnej kontroli – możemy jedynie ustalić jakie priorytety będą mieć podczas walki. No i istnieje ścisły podział na klasy. Bohater posiadający wspomnianą wyżej księgę zajmuje się rzucaniem potężnych czarów obszarowych oraz przyzywaniem pomocników, latająca na miotle imprezowiczka atakuje pojedynczymi czarami, a jeszcze inna, bardziej spokojna i ułożona, pełni rolę wsparcia. Nasz bohater poza atakowaniem może też skakać i szarżować. Cała walka ukazana jest „z boku”, jak w bijatyce albo platformówce. Grę ogólnie polecam, sam mam wielką ochotę zakupić sobie wersję na GBA i tam być może dopiero ją ukończyć. Po tym jak opisałem produkcję może wydawać się poważna, ale nie brakuje też śmiesznych momentów, rozluźniających atmosferę. Nie gryzie się to jednak z moim poczuciem dobrego smaku, więc… chyba jest dobrze. Nie zapominajcie jednak, że mówię to ja – osoba, która ryczała ze śmiechu podczas kąpieli bohaterów w Mugen Souls Z (PS3).


Ta gra idzie jednak w odstawkę, bo w moim życiu zawitała wspaniała sprzęcia jaką jest PlayStation Portable. Jeszcze lepsze jest to, że udało mi się dorwać Crisis Core: Final Fantasy VII (PSP). Final Fantasy VII: Remake (PS4) zbliża się wielkimi krokami, trzeba powoli odświeżać sobie kompilację oraz poznać to, czego nie znało się wcześniej. Nigdy nie miałem przyjemności zagrać w przygody Zacka, więc bardzo ucieszyła mnie ta możliwość. Obecnie właśnie w to mocno zagrywam się przez większość dnia. Gra wciągnęła mnie do tego stopnia, że nawet wykonywanie dodatkowych zadań ani trochę mnie nie nudzi i chyba więcej wykonałem ich, niż ruszyłem fabuły. Ta jest ciekawa, nawet bardzo, ale te zadania również. Poza tym, wykonywanie ich pozwala rozwinąć naszego wesołka, co bardzo uprzyjemnia (albo nawet zbyt ułatwia) dążenie do epilogu. Sądzę jednak, że ilość tych zadań mnie przerośnie, bo zrobiłem ich jakieś 20, a licznik pokazuje że to dopiero 5%.


Co do samej gry – żałuję że poznaję ją dopiero teraz. W swoim czasie musiała robić piorunujące wrażenie. Grafika to naprawdę najwyższa półka. Modele postaci, otoczenie… Wszystko jest bardzo szczegółowe i bardzo cieszy oczy. Do tego mamy wiele fajnych efektów, które oczywiście najbardziej widoczne są podczas walk, czy dynamicznych przerywników filmowych. Głupio byłoby nie wspomnieć o scenkach wykonanych techniką CGI, w której Square Enix niejednokrotnie pokazało klasę. Tutaj mamy poziom Advent Children, co tym bardziej mi się podoba, bo naprawdę uwielbiam ten film. Sprawa podobnie ma się z podłożonymi głosami, gdzie usłyszymy tych samych aktorów. Zawsze byłem jednak przekonany, że za całością (jako reżyser) stoi Tetsuya Nomura. Jest nim jednak Hajime Tabata – człowiek o niewielkim dorobku, który wcześniej wyreżyserował grę na telefony jaką jest Before Crisis: Final Fantasy VII, czy w 1999 roku zajął się reżyserią przerywników w Monster Rancher 2 i Deception III (nie grałem w żadną z tych gier, wiem tylko że trzecia część Deception nie pojawiła się w Europie). Nomura zajął się jak zwykle wyglądem postaci. Z początku nie do końca odpowiadało mi zachowanie Zacka. Był zbyt lekkoduszny, wesoły jak na mój gust. Zachowywał się jak dzieciak, którego znałem z Kingdom Hearts: Birth by Sleep (PSP). Wydawało mi się jednak, że jego zachowanie w BBS wynika z tego, że pojawił się jako gość w takiej, a nie innej grze. Okazuje się jednak że Zack taki po prostu jest! Na szczęście trochę się zmienił i zaczyna mi się podobać – tak jak lubiłem go w Final Fantasy VII (PS One) i Advent Children.

Na screenie widać przeciwników, którzy pojawili się również w Dirge of Cerberus: Final Fantasy VII (PS2).

Byłem też przekonany że system walki bardzo przypomina to co znamy z Kingdom Hearts HD 2.5 ReMIX (PS3). Nie jest to jednak to samo, choć obie produkcje łączy, to że walka przebiega w czasie rzeczywistym i skupia się na akcji. Nie ma jednak mowy o tak dynamicznych kombinacjach jak tych z przygód Sory – całość wydaje się troszkę wolniejsza. Walczy się jednak bardzo przyjemnie, dlatego też tyle siedzę w tych zadaniach dodatkowych. Nie do końca podoba mi się to jak zwiększa się poziom doświadczenia Zacka. W lewym górnym rogu są sloty przywodzące na myśl coś w rodzaju jednorękiego bandyty. Przez cały czas na trzech slotach losują się awatary bohaterów oraz cyfry od 1 do 7. To jaki portret i cyfry wylosujemy decyduje o tym co dostaniemy w nagrodę. Może to być jeden z ataków, jakich używa dana postać oraz specjalny status jak chwilowa nieskończoność punktów many, czy nawet nietykalność. W ten sam sposób zwiększa się poziom postaci – musimy wylosować trzy takie same portrety oraz trzy siódemki. Nie do końca mi się to podoba, ale póki co nie przeszkadza to szczególnie w zwiększaniu umiejętności bohatera. Zgodnie z tym, że gra przynależy do uniwersum „siódemki” możemy używać Materii. Nie wkładamy ich jednak do broni, a używamy raczej na zasadzie ataków magicznych. Mamy ograniczoną ilość miejsc, dlatego trzeba trochę żonglować i zmieniać ustawienie wraz z potrzebami. Można też łączyć ze sobą Materie, co da nam nowe lub zwiększy poziom tych które już posiadamy. Całkiem fajnie to przemyślane, ale z racji iż nie pograłem więcej niż 6 godzin, nie mogę zbyt wiele powiedzieć. Gra mi się podoba i zamierzam sobie przysiadać do niej kiedy tylko znajdę wolną chwilę. To mój główny cel na ten weekend.


Skupię się jednak na dokończeniu Spyro 2: Gateway to Glimmer (PS One), które również wgrałem sobie na PSP. Grając wcześniej na PS3 zdobyłem 75% całego postępu, resztę zamierzam zdobyć na pierwszej kieszonsolce Sony. Jestem przed walką z ostatnim bossem, mam jakieś 10 poziomów do zrobienia na 100% i dopiero jak tego dokonam, wezmę się za końcówkę gry. Na PSP gra mi się o wiele przyjemniej niż na PS3. To pewnie przez moją manię zdobywania trofeów. Mimo iż Spyro 2: Gateway to Glimmer (PS One) to gra na duży ekran, nie za bardzo mogłem przemóc się by pograć w nią więcej niż godzinę w trakcie sesji. Na PSP gra wciąga mnie bardziej Produkcja też lepiej się prezentuje, bo nie widać takiej pikselozy jak na telewizorze o standardzie HD. To wciąż moje pierwsze zetknięcie z tą odsłoną. Wcześniej grałem w "jedynkę" i "trójkę" i te dwie podobały mi się o wiele bardziej. "Dwójka" jest naprawdę świetna, ale czegoś mi w niej brakuje. Denerwuje mnie konstrukcja poziomów, to że za likwidowanie przeciwników nie dostaję diamentów, że podczas przebywania w światach, z których udajemy się do kolejnych poziomów przygrywa nieciekawy ambient, który potrafi przyprawić moje powieki o ciężkość. Nie mogę się doczekać, aż w końcu wezmę się za trójkę, bo tę wspominam najlepiej. Dlatego w przerwach od CC skupię się właśnie na tym, również w tygodniu.


No i na zakończenie tematu gier opiszę produkcję, którą ukończyłem. Długo się za to zabierałem, bo nie mogę się skupić podczas grania na PC, tym bardziej jeśli gra mieści się w oknie, a nie jest na pełnym ekranie. Tym razem złożyło się jednak tak, że Saya no uta ukończyłem za jednym podejściem w jakieś 5 godzin. Ogólnie spodziewałem się czegoś lepszego. Gra od początku wydawała się bardzo intrygująca. Sam pomysł bohatera widzącego świat jako mieszanka wnętrzności i krwi, a ludzi jako potwory bardzo mi się spodobał. Tak samo jak pogarszający się stan Fuminoriego, który coraz bardziej odcina się od swojego najbliższego otoczenia. Trochę zszokowała i obrzydziła mnie jedna ze scen, która dotyczyła niedoszłej dziewczyny bohatera, ale nie będę się tu rozwodził nad tym, by nie psuć innym zabawy. Zawiodłem się jednak na zakończeniu i ogólnie motywie Sayi. Śmierdział mi tanim i kiczowatym science-fiction. Chyba wolałbym aby pozostało to w tajemnicy, abyśmy sami zastanawiali się co jest prawdą. Zagadkowość tej produkcji osiągnęła w pewnym momencie prawie szczyt, sprawiając że oczekiwałem cudów i naprawdę oryginalnego zakończenia. Wychodzi więc na to, że środek scenariusza zawyżył poprzeczkę i zakończenie po prostu nie dało sobie rady. No ale mimo wszystko uważam, że warto w to zagrać, poznać tę opowieść, tym bardziej że dostępne jest spolszczenie. Poza ciekawą fabułą mamy też dobrą muzykę i klimat. Poznałem też wszystkie zakończenia, które odblokowuje się poprzez wybranie jednej z dwóch opcji dialogowych w kilku momentach. W sumie spodobało mi się tylko jedno zakończenie, nieco otwarte. Gdyby nie tamto drugie, nie miałbym w głowie tej kiczowatej prawdy o Sayi i lepiej odebrałbym całość.


FILMY
Tyle o grach! Byłem na filmie, który bardzo mnie ciekawił, ale nie za bardzo mogłem obejrzeć, bo ani trochę nie znałem komiksów. Chodzi mi o film Deadpool (2016). Wciąż go grają w kinach, nadrobiłem też trochę komiksów i w końcu obejrzałem. Z komiksami nie zapoznałem się na tyle, by wypowiedzieć się o tym filmie jako osoba znająca się na rzeczy, ale obrazki oglądam dalej i jak obejrzę ten film drugi raz to jeszcze łatwiej będzie mi porównać. Jeśli chodzi o komiksy, to jestem w jakiejś połowie pierwszego roku i widzę, że filmowy Deadpool jest trochę inny niż ten z komiksów, no ale nie będę tego oceniał bo jestem zaledwie na początku. Bardzo mi się podoba to, że Wade Wilson nawiązywał do obecnej popkultury w tych swoich żartach, często łamiąc czwartą ścianę i odzywając się bezpośrednio do widzów. Poza tym było wiele innych śmiesznych sytuacji i gagów, szczególnie druga scena z taksówkarzem. Podobały mi się sceny walki, ich dynamika, brutalność i to że mimo wszystko wciąż były zabawne, nie tylko z uwagi na Deadpoola. Jedyne co mi przeszkadzało to przerywanie sceny walki, po to aby pokazać przeszłość Wade’a i to jak stał się antybohaterem którego znamy. Bardzo podobała mi się też muzyka Junkie XL, ale ta nie była tak dobra jak w Mad Max: Na drodze gniewu. Chciałbym obejrzeć ten film jeszcze raz, bo wciąż nie wiem jak go ocenić, ale waham się pomiędzy 9, a 10. Czekam na "dwójkę" i mam nadzieję, że wyższy budżet nie zaszkodzi tej produkcji.


MUZYKA
Na koniec zostaje muzyka Melanie Martinez. Znów nie jest to moje odkrycie, a rzecz polecona. Nie ma co się rozpisywać. Piosenki wspomnianej pani są bardzo ciekawe, podobnie jak jej wideoklipy. Cechuje je szaleństwo, ale w innym stylu niż Grimes. W pierwszym utworze mamy połączenie groteskowych klimatów rodem z niekoniecznie wesołego miasteczka, cudownej elektroniki (ten głęboki i potężny bas i uderzenia). Bardzo dobry utwór. Posłuchajcie, inaczej konie zabiorą Was na karuzelę, a tego NIE CHCECIE.


Do drugiej piosenki nie ma teledysku, ale nie znaczy to że jest gorszy. Znów mamy groteskowość, mocną elektronikę i niepozorną wyliczankę, co nadaje utworowi nietuzinkowego stylu.


Tyle ode mnie! Grajcie, piszcie komentarze, bawcie się dobrze i chwalcie ostatnimi zakupami jeśli czujecie taką potrzebę. Ja wracam do PSP. Nie wiem czy wrócę.

Oceń notkę:
+ +19 -