Blog @Germanos Germanos
31.12.2014, 10:21
Gra przeznaczenie (see what I did there?^^)
Destiny w bazie gier
Gra przeznaczenie (see what I did there?^^)
Ostatnio zaatakowało mnie znienacka KOTAKU pewną ankietą, która pytała: „Czy grasz jeszcze w Destiny?”

Bez jakiegokolwiek zastanowienia wybrałem opcję: „Tak, regularnie”. Poniekąd spodziewałem się jaki będzie wynik ankiety, ale muszę przyznać: towarzyszył mi pierwiastek ciekawości gdy klikałem w „Pokaż wynik ankiety”. Okazało się, że było dokładnie jak przewidziałem: gram regularnie lub wcale, a mało kto gra od czasu do czasu. Wynik zgodny z tym co można wywnioskować po komentarzach tutaj (na PS Site), w pracy, czy na ‘imprezie’ na PSN.

Kilka słów o mojej relacji z Destiny. Tytuł obserwowany od pierwszej zapowiedzi. Wyczekiwany. Zakupiony  w edycji limitowanej. Obecnie regularny, ale nie maniakalny gracz.

- Regularny gracz? Przecież tam nie ma co robić?

W Destiny jest zdecydowanie co robić. Zacznijmy od Bounty, czyli zadań/wyzwań zmieniających się (częściowo) każdego dnia. „Wykonaj misję ‘The Wakening’ na poziomie trudności Heroic”, „Ukończ strike ‘The Devils Lair’ bez utraty życia”, „Pokonaj 30 przeciwników z uderzenie ręką bez utraty życia” - to kilka przykładów. Jest tego więcej i różnią się celem, umiejscowieniem, przedmiotami do farmienia, a niektóre są bezpośrednio związane z wydarzeniami w grze (Iron Banner czy DLC The Dark Below). Do wyboru mamy także wyzwania związane z PvE i PvP, więc wybieramy co nam pasuje. Najważniejszym elementem zaliczania kolejnych wyzwań jest oczywiście EXP. Po co nam doświadczenie? Do podnoszenie poziomu. Z początku bezpośrednio, a później już przez ekwipunek. Lepsza „klata”, lepsze „łapy”, lepsze „buty”, lepsza snajperka - każdy gracz Destiny za tym goni i tylko to ma w głowie. Być lepszym/silniejszym/mocniejszym. Po co to wszystko? Tutaj pojawiają się Raidy, które stanowią wyznacznik tego gdzie jesteśmy w świecie Destiny. To podczas tych 6-osobowych zajawek każdy jest sprawdzany i klasyfikowany: pro czy noob. Wracając jednak do ekwipunku to nie jest to takie proste jak się może wydawać: łapiemy EXP, ulepszamy przedmioty, gotowe. Niestety do maksymalizacji osiągów przedmiotów jakie przy sobie nosimy potrzebne nam są szczególne przedmioty, których zdobywanie po pierwsze: często jest czasochłonne, to jeszcze wymaga od nas ciągłego grania. Tak jest - ciągłego i tutaj mamy już pierwszy element MMO-wości gry Bungie. Każdy kto przez jakiś czas wsiąknął  w Lineage'a czy mojego, uwielbionego Ragnarok Online wie, że ubijanie tego samego potworka 1000 razy dziennie, bo akurat na nim Twojej klasie jest najłatwiej "expić" to nie wstyd - to (w tym momencie należy włożyć rękę w bluzę, koszulę na wzór Napoleona lub salutować) poświęcenie.

Destiny to gra, w której trzeba się zanurzyć , aby coś osiągnąć. Tutaj nie ma nic „za friko”. Każde osiągnięcie w grze wymaga od nas poświęcenia czasu i zapału. Ostatnio byłem u znajomego, z którym rozmawiałem o fenomenie Destiny i dlaczego na przyszłe premiery gier patrzmy przez pryzmat: „No fajnie się zapowiada, ale jest Destiny przecież”. Przy okazji mówiliśmy o Assassin’s Creed IV: Black Flag, gdzie np. można wysłać flotę przez aplikacje na tablecie (BTW. fajna sprawa), żeby nam nazbierała złota czy innych materiałów. Destiny jest brutalne. Grasz? Masz. Nie grasz? Twój problem. Ominąłeś jakieś wydarzenie w grze? Twój problem. Nie załapałeś się na łatwe wyzwanie z przedmiotami, które potrzebujesz? #nikogo. Przez to gracze, którzy już zdecydują się na grę nie mogą się od niej oderwać, bo gra nagradza ich grę. Czuje się, że to wszystko robi się po coś. Dzięki temu chce się grać i wracać, jednak jest to i plus i zarazem minus tytułu.

Niektórych bowiem może to odrzucić. Sam muszę przyznać, że co jakiś czas zastanawiam się czy dalsze granie ma sens. Backlog gier rośnie. Nowe tytułu wychodzą na rynku, a ja tracę dziennie kilka godzin na nowe ‘bounty’, ‘daily’. Tyle czasu trzeba poświęcić na to, aby gonić za społecznością, za znajomymi. Nic nie dzieje się samo z siebie, ulepsza czy rośnie w siłę. Przychodzi weekend i co?

Godzina 8 rano. Gdzieś w Bytomiu. Dzowni telefon.
- Słucham?
- Rób kanapki. Szykuj kawę. Lecimy z raidem na hard'ie.
- Namówiłeś mnie

Co człowiek ma zrobić, kiedy słyszy takie argumenty. Brutalne, ale działa, bo cholera w Destiny strzela się tak przyjemnie, a w grupie to już w ogóle. Właśnie: grupie. Chyba największy „gwóźdź” tego tytułu. Kiedy człowiek już wkręci się w odpowiednią ekipę ludzi z podobną (często nawet znacznie większą) zajawką to gra zyskuje jakieś +2 do oceny, a może i więcej. Chyba każdy kto grał w jakieś MMO przez dłuższy czas wie o czym mówię. Ekipa ludzi, z którymi po prostu można posiedzieć na mikrofonach wieczorami to ogromny atut danej gry, a tutaj trzeba pochwalić Bungie bo stworzyło rewelacyjny FUNDAMENT pod tworzenie się takich „społeczności”, m.in. przez braku możliwości losowania graczy na raidy - (przemyślany krok, a nie „wybrakowanie”). Znów dla jednych atut, dla innych wada. Sam nie zrobisz części zadań wymaganych do postępu w Destiny. Musisz łapać ekipę do raidów czy nawet tygodniowych strikeów. Nie wiem czy jestem szczęściarzem czy pechowcem, ale znajomy (ten od dialogu telefonicznego wyżej) wkręcił mnie w grono osób, naprawdę maniakalnie zakochanych w świecie Destiny. Mówię poważnie, są szaleni. Pamiętacie co mówiłem o wszystkim co jest do roboty w Destiny? No więc, na jakieś 20-ia osób z listy, które w tym momencie grają 19-stu ma trzy postacie, na których robią to wszystko w ciągu dnia/tygodnia. Aha, są w nich mężowie (żony muszą mieć hektolitry tolerancji) i ojcowie (hasło: „Zosiu spieprzaj, tatuś gra teraz z kolegami” w środku radi do dziś mnie bawi). Gdyby ich nie było to prawdopodobnie bym już przestał grać, ale nasze siedzenie na PSN-owej ‘imprezie’, gadanie o broniach, sposobach na zdobywanie szybkiej kasy, kto/gdzie farmi, gdzie robić najlepiej zadania itd. - można stracić godziny niczym „mrugnięcie oka”.

Warto jeszcze nadmienić, że gra sama w sobie jest dobrze zrobiona pod kątem technicznym. Zarówno gameplay jak i doznania audio/wizualne są wykonane świetnie. Jazda na sparrow się kompletnie nie nudzi, a widoki potrafią urzec nawet po wielokrotnym obcowaniu z nimi. Pomysły Bungie na raidy to też mistrzostwo i zgrywają się idealnie z epickością muzyki. Pierwszy raz gdy lecieliśmy z ekipą Crota's End? Bieg od latarnii do latarnii, w ciągłym ogniu we wszystkich kierunkach, broniąc się przez atakami przeciwników z każdej strony - japa śmiała mi się od ucha do ucha.

Podsumowując to wszystko nie dziwię się czemu komentarze o Destiny są tak biegunowe. Ta gra jest trudna w ocenie, bo żeby dostrzec jej największą zaletę trzeba się jej poświęcić przez dłuższy czas niż alfa testy - zdecydowanie większy. Nie uczestniczyłem w tych testach, ale jeśli dostępny był maksymalnie poziom 8, to nie jest to nawet liźnięcie lizaka przez papierek. To wyobrażanie sobie lizania lizaka patrząc na sam patyk. Destiny odkrywa siebie dopiero w „end game’ie”. Dotarcie do 20 lv, czyli powiedzmy „pierwsze przejście” tego co gra ma do zaoferowania to nic, po prostu nic. Rozumiem co mieli na myśli twórcy mówiąc o czasie, jaki jest należy poświęcić grze zanim się ją oceni. To trudne, fakt. Nie każdy jest w stanie poświęcić tyle, jeśli gra nie zachwyciło go niczym szczególnym na zwiastunach. Ja poleciałem z hype’em. Niesamowicie podobały mi się szkice, arty, klimat w zwiastunach czy motywy muzyczne. To pozwoliło mi bez jakiś większych problemów przelecieć przez nieco „wybrakowany” początek i wsiąknąć, więc wracam do gry. Dziś Wtorek przecież ^^

Oceń notkę:
+ +9 -